Konrad T. Lewandowski — Śląskie dziękczynienie

11.11.2012 r.

Książka jest napisana świetnie, miejscami fenomenalnym językiem i porywa czytelnika od pierwszych stron. Nie tylko akcją, ale także artyzmem tegoż języka. Oczywiście — jak przystało na powieść osadzoną na Śląsku — jest ona przerośniętą wtrąceniami z języka śląskiego, jak dobry baleron tłuszczem! :]

Na początku miałem wrażenie, że udało mi się znaleźć tylko nieliczne błędy, które stanowią odpowiednik rodzynków w pięknej, wypieczonej babie. Z kolejnymi kartkami „kaliber” błędów niestety rósł, czasem dość ostro w górę. Poza tym, Konrad T. Lewandowski należy do dość wątpliwego grona pisarzy, którzy mają problemy z posługiwaniem się zegarkiem…

Nie bądźmy jednak źle nastawieni od samego początku. Faktycznie bowiem błędów jest ledwie piętnaście z okrętką, co autor wynagradza nam rzucającym na kolana humorem oraz wspomnianym miejscami perfekcyjnym językiem. Książkę nie tylko warto, ale powinno się przeczytać przynajmniej raz w życiu.

A wracając do błędów — oto, po kolei, co znalazłem.

Śledztwo

1. Nadkomisarz Drwęcki wespół z podkomisarzem Bańczykiem, pięknie wyjaśnili, że czerwone plamy na ciele denata mogą pochodzić od zatrucia cyjankiem potasu, a nie od zamarznięcia W następstwie tego ukuli oni teorię, zę chloroform to próba zmylenia tropu policji oraz drugą — o zabójstwie żony denata. Tylko nikt jakoś nie wyjaśnił, dlaczego niby ta właśnie teoria miałaby być słuszna? Opierając się na czym, obaj odrzucili założenie, że plamy jednak powstały na skutek mrozu, a chloroformu użyto jednak do uśpienia ofiary, a nie do mylenia szyków policji?

2. Wątek podstawienia (dla zmylenia policji) księgowego Klagesa w miejsce mordercy mafijnego Wolperta jest napisany tak enigmatycznie i skrótowo, że w ogóle go nie zrozumiałem mimo, że uważnie czytałem. Jest też zupełnie niepotrzebny (patrz niżej) — wprowadzenie dodatkowego bohatera epizodycznego, który niczego nowego do powieści (ani śledztwa) nie wnosi, poza jego dodatkowym zaczernieniem. Pan Klages pojawił się przecież znikąd i trzy strony dalej zniknął był bezpowrotnie.

3. Końcówka książki w ogóle obfituje w zbyt dużą ilość bohaterów epizodycznych, którzy pojawiają się nagle, niczego sensownego nie wnoszą i znikają. Oboje z żoną pogubiliśmy się nieco w końcówce wątku kryminalnego. Wyraźne przesycenie.

Mapa i zegarek

1. O której niby zaczęło się to całe świniobicie? Czytając, miałem wrażenie, że gdzieś późnym rankiem albo może wczesnym popołudniem. Jakim więc cudem późnym wieczorem, prawie kompletnie zalany Drwęcki otrzymał od gospodyni ciągle gorące krupnioki? Skoro były one robione jako jedne z pierwszych, tuż po posztukowaniu wieprzka? Cały dzień trzymali je w garze? Nie rozgotowały się?

2. Gdy Drwęcki z towarzyszami pojechali odebrać z dworca PKP młodego Gorzelika, autor wyraźnie stwierdził, że auto stało pod dworcem w Katowicach. Zaś wracając z nim do samochodu, musieli rzekomo przejść tunelem pod torami. To jest niemożliwe, jeśli zerknąć na mapę lub rysunek poniżej:

Po drugiej stronie torów kolejowych są stare kamienice i ani śladu dworca kolejowego. Nie było go też tam w 1929 roku. Stary dworzec PKP w Katowicach był bowiem budowany tak, jak wszystkie dworce kolejowe przełomu XIX i XX wieku — jako neoklasycystyczny piętrowy dworek lub dwór, zawsze na jedną stronę torów. Albo więc samochód był zaparkowany przed dworcem (na dzisiejszej ul. Dworcowej), wówczas fragment o przejściu tunelem jest niepotrzebną bujdą. Albo wracali do auta przez tunel, w związku z czym, samochód stał zaparkowany na dzisiejszej ul. Wojewódzkiej, a nie pod dworcem.

3. Fragment na stronie 189, siedziba notariusza: „(…) (ulica – przyp. aut.) Powstańców, róg Królowej Jadwigi, ale od strony cmentarza (…)”. Błąd ogólny jest tu taki, że róg ulic nie może być od tej, czy od tamtej strony i powinien być określony nazwami dwoma ulic. Błąd szczegółowy — cmentarz przy katowickiej ul. Sienkiewicza (o którym tu mowa) w ogóle nie sąsiaduje z ulicą Powstańców. Oddziela go od niej spory szpaler kamienic. Nie sąsiaduje współcześnie i na pewno też nie sąsiadował w 1929 roku chyba, że ktoś twierdzi, iż po wojnie zburzono jego część i na zgliszczach starych nagrobków zbudowano kamienice.

4. Pociąg z Gawlikiem przyjechał o godzinie 14:32. Nawet, jeśli dotarcie do notariusza i rozprawa u niego trwały ledwie godzinę (a są solidne podstawy do tego, by mniemać, że dłużej) to Wolperta wypuścili w skarpetkach o 15:30. Dalej śledczy zastanawiali się, czy uda mu się dotrzeć przed wieczorem do Giszowca, czy Szopienic? A gdziekolwiek dotrze, miał rzekomo zaczekać do zmroku „gdzieś w krzakach”. Rany, przecież akcja książki ma miejsce zimą. Wieczór de facto zaczynał się może godzinę po tych rozważaniach śledczych, a może nawet wcześniej. Z miejsca, gdzie wypuścili Wolperta było półtorej godziny piechotą do Szopienic, a dwie godziny – do Giszowca. Marszem! Ile na pokonanie tego dystansu potrzebowałby obcokrajowiec, nieznajacy języka, ani drogi, bez pieniędzy, mapy, a nawet butów? Tym bardziej, że sami dyskutanci zauważyli chwilę później, iż może on przemykać tylko lasami, co rusz czając się, bo w takim stanie szybko trafiłby na komisariat, gdyby używał zwykłych ulic. Jeśli więc w ogóle udałoby mu się dotrzeć do któregoś z tych miejsc (wątpliwe), to uczyniłby to późną nocą (ile może zabrać pokonanie ośmiu kilometrów przy nieustannym przedzieraniu się przez lasy, zagajniki, polanki i jeziora?). Zgodnie z „planem dnia” nakreślonym przez autora miał na to około godzinę. I jeszcze miał przeczekać w krzakach do wieczora. Sic!

5. W ciągu tej maksymalnie jednej (według moich wyliczeń) godziny, jaka pozostała od rozprawy z Wolpertem do zmroku, Drwęcki zdołał pojechać do mieszkania Artura Hajnola, obić mordeczki jego bojówkarzy, zabrać Hajnola do aresztu, przesłuchać go, dać Bańczykowi dyspozycje odnośnie reszty dnia, pojechać na Dąb, odświeżyć się i przebrać oraz dojechać do Giszowca na przyjęcie u Amerykanów z okazji Dnia Dziękczynienia. Sama tylko trasa od notariusza na Dąb i z powrotem na Giszowiec ma przeszło piętnaście kilometrów i zabrałaby przy ówczesnym stanie dróg i motoryzacji 40-50 minut. A gdzie czas na Hajnola, pobicie bojówkarzy, areszt i toaletę w domu?

Oma Loska

1. Gospodyni Drwęckiego zabrała jego garnitur galowy do odświeżenia na niedzielną mszę. Tylko czemu zrobiła to już w czwartek? Nie za wcześnie trochę? W czym miał zamiar występować w piątek i sobotę (wówczas pracującą) przed kursantami na swoich wykładach?

2. Skoro, jak sam Artur Hajnol zauważył, działalność aborcyjna akuszerek śląskich była powszechnie znaną (i akceptowaną przez lud) tajemnicą poliszynela, to nie ma żadnych sensownych podstaw, by jedna z takich kobiet stała się tematem numer jeden pierwszych stron śląskich gazet. Ani by sam prezes Korfanty miał się wypowiadać na jakimś forum publicznym na temat konkretnie Omy Loski. Szantaż Drwęckiego, uprawiany przez Hajnola, jakoby upublicznienie sprawy miało spowodować smród ciągnący się za nadkomisarzem aż do Warszawy, jest więc całkowicie bezpodstawny. Nawet, gdyby mieli użyć Omy Loski jaki bierki w tej gierce politycznej, to zawinęliby ją do pierdla po cichu, bez rozgłosu.

Polska język, łatwa język

1. Trochę nie za bardzo leży mi sposób wyjaśnienia Walikowi, dlaczego mówimy takim językiem, jakim mówimy (a nie np. sugerowanym śląskim). Drwęcki tłumaczy chłopakowi, że język polski w obecnej formie powstał na salonach przedwojennego Lwowa, a „(…) w czasach zaborów było (to — przyp. aut.) jedyne polskie miasto stołeczne, stolica Galicji. Warszawa i Kraków leżały wtedy na ruskiej i autriackiej prowincji (…)”. Kurczę, musiałem uczyć się innej historii. Mi całe życie wmawiano, że w trakcie zaborów Polski nie było wcale, a jeśli można mówić o jakiejkolwiek polskiej stolicy, to tylko o Warszawie, z okresu wojen napoleońskich i Księstwa Warszawskiego. Nigdy, nigdzie nie słyszałem takiej teorii, by Lwów był kiedykolwiek miastem stołecznym w okresie, w którym innych miast stołecznych nie było. Nigdy nie słyszałem, by można było mówić (z wyjątkiem wspomnianego Księstwa Warszawskiego) w okresie zaborów o jakimkolwiek mieście „polskie”. Nadto, lekcje tego samego języka polskiego przypominają mi mgliście, że współczesny język polski ewoluował setki lat, poczynając od Renesansu i takich ikon jak Rej, czy Kochanowski. Nigdy, nigdzie nie słyszałem teorii, by język polski miał ledwie sto pięćdziesiąt lat i byśmy wszyscy w Polsce (tej współczesnej, czy tej z okresu dwudziestolecia międzywojennego) mówili językiem powstałym na lwowskich salonach.

2. Dalej to już autor zupełnie płynie w swoich fantazjach, stwierdzając: „(…) Gwara Śląska to średniowieczna polszczyzna (…)”. Tu już umarłem w butach. Pomijam nawet absolutne nieścisłości historyczne (w średniowieczu niewiele było poza lasami i borami między Opolem a Krakowem). Ale jedno nie trzyma się nawet kupy z drugim. Cały pasztet, jaki pan Lewandowski nam tu zaserwował można podsumować tak: Cała Polska od średniowiecza „godała po ślonsku”. Potem przyszedł XX wiek i na jego początku cała Polska postanowiła przyjąć nowoczesną mowę inteligencji i salonów lwowskich. Brak słów…

Pozostałe błędy

1. Dwumiesięczne, ośmiokilogramowe dziecko? No, nie przesadzajmy! Choć jestem tylko facetem, to jednak ojcem dwójki dzieci, więc co nieco się na tym znam. Mamy tu przecież końcówkę lat trzydziestych dwudziestego wieku. Karmienie wyłącznie piersią (swoją lub mamki) ew. dokarmianie mlekiem krowy. Ale nawet na nim i nawet w przypadku grubej matki, upasienie dwumiesięcznego dziecka do postaci mającego osiem kilogramów wieprzka jest przesadą (zupełnie niepotrzebną) ze strony autora.

2. Konwalie zimą, to nie „cud”, jak pisze autor (zauważa narrator) ale absolutna niemożliwość. Konwalie kwitną wyłącznie w maju i to przez maksymalnie dwa-trzy tygodnie. Ogrodnik, choćby stanął na głowie, nie utrzyma tych delikatnych kwiatków kwitnących do zimy. Ponieważ motyw ich wręczenia jest mniej niż epizodyczny (luźne wspomnienie przez narratora, absolutnie nic nie wnoszące do opowiadanej historii), tym bardziej zastanawia, po co autor silił się na taką bzdurę?

3. Puszka, do której strzelał Drwęcki i dzieciaki w epilogu, była przywiązana na sznurze i po każdym trafionym strzale wylatywała wysoko w górę. Gdy pojawił się podkomisarz Bańczyk, puszka nagle okazała się być odwiązana i po każdym trafnym strzale artystycznie zmieniała pozycję na hałdzie, jak piłeczka na polu golfowym. Autor nie wyjaśnił przyczyn, ani momentu odwiązania puszki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Ta strona jest obecnie w trakcie importu. Przenoszę posty z innych źródeł. Różne dziwne rzeczy mogą się tu dziać, dopóki ten proces się nie zakończy (a ta informacja nie zostanie usunięta).

Trwa import wpisów...