Ken Follett — Młot Edenu

Albo Ken Follett się starzeje, zaś poziom jego książek zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do poziomu powieści Alistaira MacLeana. Albo ja się starzeję i moja miłość do tego pisarza zaczyna przemijać. „Młot Edenu” to dramat. Głupi błąd goni jeszcze głupszy błąd, bijąc go po głowie trzecim kretynizmem.

W biblioszczur.pl mieliśmy do tej pory trzy jego pozycje: „Trójka” (2 błędy), „Wejść między lwy” (11 błędów), no i dramat „Na skrzydłach orłów” (166 błędów). Miałem jednak nadzieję, że to wyjątek. Myliłem się. Niestety, „Młot Edenu”, poziomem oscyluje w okolicach tej ostatniej powieści.

Lub może nawet dużo, dużo poniżej tamtej. Szczerze mówiąc, nie wiem jak powieść „Młod Edenu” kończy się. Nie dałem radę wysłuchać jej do końca. Poddałem się (na fragmencie „2+1 tête-à-tête„) przygnieciony poziomem kretynizmów i idiotycznych błędów, popełnianych przez autora czasem co drugie zdanie. Nie wychodzę z kina w trakcie seansu, a niedokończone książki mogę policzyć na palcach jednej dłoni. Ta okazała się tak słaba, że dołączyła do tego grona.

Powieść w wersji audio ma tylko dziesięć godzin nagrania, więc jest dość krótka. Udało mi się wysłuchać nieco ponad czterdzieści procent. Mimo to znalazłem w tej części ponad czterdzieści błędów, czasami uwłaczająco kretyńskich. Mimo, że wysłuchałem jedynie pięć godzin wersji audio, zabrało mi to równy rok, co do dnia. To wszystko razem wzięte świadczy chyba dobitnie o poziomie, jaki reprezentuje sobą „Młot Edenu”. Jeśli ktoś nie czytał — zdecydowanie nie polecam. Dramat!

Może powinienem był to przewidzieć? W końcu czego spodziewać się po powieści, której księgarnie internetowe nie znają i — reklamując ją potencjalnemu czytelnikowi — wypisują na swoich stronach WWW wzięte z sufitu brednie?

Tytułem wstępu

Generalnie uwielbiam tego autora i uważam, że pisze świetne książki. „Schrupałem” koło dziesięciu jego powieści, w tym niektóre przesłuchiwałem po kilka razy. W biblioszczur.pl mamy do tej pory tylko trzy z nich. Pozostałe nie zawierały błędów w ogóle (według mnie) lub nie udało mi się wychwycić ani jednego mimo kilkukrotnego słuchania.

Najpierw była naprawdę świetna „Trójka” (2 błędy), potem równie wysokich lotów „Wejść między lwy” (11 błędów).

Potem, co prawda, zdarzył się dramat totalny, zwany „Na skrzydłach orłów” (166 błędów). Do dziś wierzyłem jednak, że wynikało to wyłącznie z przedstawienia faktycznych wydarzeń. Oraz, że większość znalezionych przeze mnie idiotyzmów wydarzyła się naprawdę i nie była efektem błędów pisarza tylko głupotami popełnianymi faktycznie przez opisanych przez niego bohaterów. Niestety, „Młot Edenu”, który na powrót jest zupełną fikcją (niemalże science-fiction — sztuczne wywoływanie trzęsień ziemi), poziomem oscyluje w okolicach tej ostatniej powieści.

Książka jest generalnie krótka (dziesięć godzin w wersji audio). Mimo to, po przesłuchaniu zaledwie jej jednej piątej części znalazłem aż dwadzieścia dwa błędy. Miejscami mocno grube.

Tradycyjnie, jak przy opisie wszystkich innych książek umieszczonych w tym serwisie, starałem się najbardziej jak to możliwe, aby uniknąć spoilerów i zdradzania treści powieści tym, którzy być może jeszcze jej nie przeczytali. Niestety, nie wszędzie było to możliwe.

Zabójstwo

1. Przejeżdżanie skrzyżowania na czerwonym świetle w sennej amerykańskiej mieścinie, czy nawet wsi, w sobotę o piątej trzydzieści rano jest całkowicie pozbawione sensu. Ruch jest zerowy, nie stoi się więc w żadnych korkach. Te dwie minuty poczekania nie mogą zbawić. A gdyby doszło do wypadku lub nieoczekiwanej kontroli policyjnej, to cały plan wziąłby w łeb. Plan — od którego zależy życie i przyszłość wielu ludzi.

Ta nieostrożność głównych bohaterów nie jest nigdzie dalej w żaden sposób wyjaśniona, więc traktuję to jako błąd.

A tak na marginesie, to w tej powieści jeszcze parę osób przejeżdża skrzyżowania na czerwonym świetle. Z reguły robią to osoby lub zdarza się to w sytuacjach najmniej spodziewanych (i najmniej sensownych) — np. robi to agentka FBI po pracy wracając z domu.

2. No, więc ten wybuch samochodu…

Buchnęły płomienie i czarne kłęby dymu – w mgnieniu oka szoferka zamieniła się w rozpalony piec. Po chwili płomienie prześlizgnęły się po ziemi do rurki, z której wciąż płynęła benzyna z baku. Zbiornik eksplodował z hukiem, aż cały pojazd podskoczył. Opony tylnych kół zajęły się ogniem i płomienie zaczęły lizać zachlapane olejem podwozie.

Ken Follett wpisuje się idealnie w amerykańsko-hollywoodzki styl pokazywania wybuchających samochodów. Niestety, jeśli ktoś oglądał kiedykolwiek płonący samochód (ja, tak!) to doskonale wie, że nie ma to prawie nic wspólnego z amerykańskimi filmami. A powyższy opis nie ma tak naprawdę nic wspólnego z rzeczywistością.

Samochód nie zmienia się w kulę ognia w kilka sekund. Owszem, może — jak woli autor — zmienić się w rozpalony piec i wypalić wnętrze do szczętu. Ale potrzeba na to wielu minut, a nie sekund (czy sekundy — mgnienie oka).

Producenci samochodów zadbali o to, by w razie ich zapłonu przeżywalność kierowcy i pasażerów była jak największa. Dlatego samochód pali się długo i bardzo mało efektownie. Nawet, jeśli jego wnętrze jest obficie polane benzyną, czy innym środkiem łatwopalnym. Nawet wtedy pali się, a nie wybucha, jak na filmach.

3. Tablice rejestracyjne wetknął w kupę płonących śmieci? Na wysypisku znajdującym się w samym środku nigdzie? Gdzie nie ma absolutnie nikogo poza nim? Kto lub co miałoby niby podpalić te śmieci, a potem podtrzymywać pożar?

4. Spalony fotel zmienił się w kupę popiołu i stopionego plastiku? Czy amerykańskie samochody, nawet te najtańsze, nie mają przypadkiem skórzanej tapicerki naciągniętej na stalowy szkielet? Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić plastiku w fotelach samochodowych. Ale może się mylę.

5. Bohater znajdował się na AAPZ (absolutnym amerykańskim pustynnym zadupiu). W promieniu pięćdziesięciu kilometrów nie było nic poza pustynią. Inna rzecz — kto buduje wysypisko śmieci tak daleko od jakiegokolwiek miasta? Ale dobra, cicho tam!.

I ten nasz bohater idzie sobie tym zadupiem, rozmyśla, i idzie, i dalej rozmyśla i dopiero po wielu, wielu minutach takiego rozmyślania, w absolutnie ostatniej możliwej chwili próbuje wymyślić jakąś sensowną wymówkę, co robi sam, bez samochodu na takim zapupiu.

6. Aby radykalnie zmienić wygląd i uniknąć rozpoznania zgolił jedynie brodę i wąsy? Z włosami nic nie zrobił? Jeżeli ktoś wcześniej chodził w gęstych włosach to do radykalnej zmiany wyglądu niezbędne jest albo ich ufarbowanie albo ogolenie się na zapałkę.

Pan profesor

1. Kobieta odchodzi od męża. W środku nocy, bez słowa wyjaśnienia, zabiera ich syna i wyprowadza się. Wraca po kilku miesiącach. Jedyna reakcja, na jaką stać męża to zdania w stylu: „Martwiłem się. Gdzie u diabła byłaś?”.

Plus dwa połączenia na telefon komórkowy. Po pierwszym okazuje się, że telefon jest nieaktywny. Po jego uaktywnieniu, drugi telefon i gdy okazuje się, że nikt nie odbiera to passe. Żadnej policji (porwanie, zaginięcie?), żadnych prób kontaktu ze znajomymi kobiety, nic — totalne przejście nad faktami do porządku dziennego.

Znam ojców (naprawdę wielu!), którzy po dwóch godzinach postawiliby na nogi lokalną jednostkę kawalerii…

2. W Ameryce dezaktywują telefon w trzy dni po pierwszym niezapłaconym rachunku telefonicznym. Żadnych prób dogadania, rozłożenia rachunku na raty. Żadnych metod na zatrzymanie klienta. Po co? Od razu na zbity pysk…

3. Była komputerowym geniuszem, bo potrafiła skonfigurować automatyczną, codzienną kopię bezpieczeństwa danych na zewnętrzny dysk? Rzecz, która w Windows wymaga trzydziestu sekund pracy i dziesięciu kliknięć? I prawdopodobnie poradziłby sobie z nią uczeń trzeciej klasy podstawówki, po dwóch latach informatyki…

A pan profesor sejsmologii nie potrafił. Mimo, że był to fundament jego życia zawodowego, bo rzekomo był jedynym na świecie posiadaczem takich danych…

4. …pomimo tego, zadowalał się w zupełności jedną kopią bezpieczeństwa, nadpisywaną codziennie nową wersją. Kurczę, ja to jakiś poryty muszę być. Bo przechowuję tysiące razy mniej ważne dane (dla świata; dla mnie najważniejsze), na siedmiu kopiach bezpieczeństwa, a każda z tych kopii ma ustawiony inny czas nadpisywania (super ważne dane nie są nadpisywane nigdy).

5. Dialog z panem profesorem:

Michael przyjął to dość sceptycznie.
– Alergikom zwykle służą pustynie, nie góry.

Spadłem z krzesła! Gęste, parne wiatry i piasek pustyni zamiast krystalicznie czystego, górskiego powietrza?

6. Jeśli komputer Melanie się zepsuje, to plan upadnie, bo nigdy nie zdołają odczytać dysku od profesora? Kupno, czy nawet kradzież drugiego komputera, próba odczytania w kafejce internetowej lub sklepie itd. — to wszystko nie wchodzi w rachubę?

7. Nie wyjaśniono, jak zamierzają odczytać dysk na komputerze Melanie — po co członkini komuny winiarskiej ma bądź, co bądź całkiem niepotrzebny w tych warunkach sprzęt do archiwizacji danych (czytnik dysków optycznych)?

8. W malutkim i strasznie zagraconym mieszkanku każdego amerykańskiego profesora sejsmologii z pewnością znajdzie się miejsce na długą drewnianą deskę i solidną cegłę. Nigdy on też ich nigdzie nie wynosi, bo nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem za pół godziny nie wpadnie agentka FBI, której będzie trzeba wyjaśnić zasadę działania uskoku tektonicznego. A ta deska i cegła są oczywiście do tego celu absolutnie niezbędne.

9. Pan profesor ma umowę z jedną z agencji ubezpieczeniowych i dzięki temu… ma na życie. A pensja z uczelni? A wynagrodzenie z tytułu udziału w kilku komisjach stanowych? A honoraria za opublikowane artykuły i tantiemy z wydanych książek? Przecież jest światowej sławy specjalistą, jedynym na świecie w niektórych dziedzinach.

Judy

1. Trzęsienie ziemi tak silne, że lalki pospadały z półek, obrazy ze ścian a komoda przemieściła się o kilka metrów do przodu nawet pomimo blokującego ją dywanu — które potem został uznane za jedno z najlżejszych w Kalifornii? Zastanawiam się, co dzieje się przy tych najcięższych.

2. Ojciec Judy zareagował dopiero po jej krzyku. Trzęsienie ziemi trwało już kilkanaście sekund, wiele przedmiotów zdążyło pospadać, a kroki ojca wstającego z kanapy i biegnącego do jej pokoju dało się słyszeć dopiero po jej wezwaniu go. Nie zareagował też na poprzedzający trzęsienie ziemi huk, który córka wzięła za przejazd ciężkiego pociągu. Mocno naciągane.

3. Drewniany konik przewracający się na domek z lalek raczej nie ma szans przebić jego dachu i nie spowodować żadnych innych zniszczeń, bo poza miękkim pyskiem zwierzaka nie ma żadnych ostrych, wystających elementów. Jeśli konik jest dużo większy od domku, to może przewracając się zmiażdżyć go w całości. Jeśli domek jest dużo większy od konika, to tamten oprze się jedynie o jego ścianę, albo rozwali ją w ostateczności. Dach może przebić tylko przedmiot spadający z góry, a nie stojący obok i przewracający się na coś.

4. Judy została samodzielnie przeniesiona z sekcji azjatyckiej do sekcji terroryzmu krajowego, a mimo to Don, jej były partner z tej pierwszej sekcji pił z nią toast za kolejne udane, wspólne akty oskarżenia?

Śledztwo

1. Rozmowa Judy z ojcem:

Analiza lingwistyczna wykazała, że ci ludzie są niebezpieczni, kimkolwiek są.

To nieprawda. Analiza wykazała jedynie, że list jest produktem osoby trzeźwo myślącej i twardo stąpającej po ziemi, której należy wierzyć. Nie zaś jakiegoś szaleńca, którego należy leczyć. Lingwista wyraźnie podkreślił, że nie zna się na sejsmologii i nie wie, czy groźba jest realna (ergo, czy grożący są niebezpieczni). Udowodniono, że wiedzą, co robią i wierzą, że mogą spełnić groźbę. Co wcale nie oznacza (z listu ani z jego analizy lingwistycznej), że to zrobią.

2. Ten sam błąd (uproszczenie i znak równości, gdzie go nie powinno być) pojawia się parę zdań dalej:

– Czy oni mogą mieć broń atomową?
– To możliwe. Są sprytni, zadecydowani i nie żartują.

Największy spryt, zdecydowanie i brak skłonności do żartów nie wystarczy, jeśli się nie ma dostępu do źródła uranu lub plutonu. Same te wymienione cechy w żadnym wypadku nie uzasadniają, że ktoś może mieć (a ich brak — że może nie mieć) bomby atomowej.

3. Czwartkowy poranek Priesta:

Z biura gubernatora nie nadeszły żadne wieści – rozwścieczająca cisza.

W swoim oświadczeniu Młot Edenu nie podał żadnych informacji na temat możliwości kontakt, negocjacji etc. Było jedynie oświadczenie, groźba i ultimatum przesłane kanałem publicznym (internetowy biuletyn BBS). Na tym etapie powieści Priest jednak o tym zapomniał i wkurzał się, że nikt mu nie odpowiedział.

Priest był niewykształconym analfabetą ale z pewnością nie głupkiem. Doskonale więc powinien zdawać sobie sprawę, że nawet gdyby była jakakolwiek reakcja ze strony gubernatora to — wobec faktu, że groźba była publiczna — nic na ten temat nie będzie publicznie ujawnione. Podstawy dyplomacji!

Na jakąkolwiek reakcję terroryści mogliby liczyć wyłącznie gdyby groźba została wyrażona w sposób poufny i gdyby podali choć jeden możliwy sposób na kontakt zwrotny.

4. Dalej koszmar rob się jeszcze większy:

To oświadczenie zadecyduje o wszystkim. Jeśli będzie ugodowe, świadczące o tym, że gubernator zamierza rozważyć ich żądania, Priest wycofa się.

Żadna osoba publiczna nigdy nie przyzna otwarcie, że zamierza negocjować z terrorystami. Nigdy, ever. Nawet, jeśli mają oni całkowitą rację (pamiętacie film „John Q” z 2002 roku, gdzie ojciec sterroryzował szpital, by przeprowadzili operację u jego umierającego syna?). Nawet wówczas jakiekolwiek negocjacja odbędą się w zupełnej tajemnicy.

Autor rysuje nam więc inteligentnego bohatera tylko po to, by później pokazać go jako skrajnego idiotę, skoro liczył on na taki obrót sprawy.

5. W trakcie planowania akcji założyli, że wywoływane wstrząsy będą na tyle małe, by jedynie udowodnić realność ich gróźb, ale żeby jednocześnie nikt nie zginął ani nie został ranny (groźba zniszczenia San Francisco miała od początku do końca być nigdy niezrealizowaną groźbą). W jakiś czas potem główny bohater o tym zapomina i zaczyna zastanawiać się, co stanie się z mieszkańcami komuny, jeśli uda im się wywołać trzęsienie ziemi, ale zginą przy tym wszyscy wykonawcy?

Błąd tu może być albo „późny” — są w stanie kontrolować moc wywołanego trzęsienia ziemi i doskonale wiedzą, jakie będą tego skutki, tylko bohater o tym później „zapomina”. Albo „wczesny” — nigdy nie są w stanie przewidzieć skutków tylko na początku o tym zapomnieli i zupełnie w ciemno założyli, że nikt nie zginie.

Komuna

1. Ozdabianie domów:

Chociaż ich komuna nadal odżegnywała się od mieszczańskiej mentalności, ludzie ozdabiali swoje domy według indywidualnych upodobań.

Od kiedy indywidualizm, czy artystyczna dusza oznaczają mentalność mieszczuchową?

2. W pierwszej wersji było, że dzieci spały w osobnej, wspólnej dla nich izbie tylko przez pierwszych kilka lat. Potem mieszkańcy komuny podzielili się na formalne lub nieformalne pary, a dzieciaki zamieszkały w swoich własnych domach, ze swoimi rodzicami lub opiekunami.

W drugiej wersji, dzieciaki sypiały razem we wspólnej izbie przez całe dwadzieścia pięć lat, aż do czasów współczesny, czyli do czasu powieści.

3. Komuna miała podobno wyłącznie błotniste, gruntowe ścieżki i drogi. Zastanawiam się jak przez taki teren przejechała ciężarówka z młotem sejsmicznym, która podobno była tak potwornie ciężka, że na maksymalnym żyłowaniu silników osiągała ledwie 50 km/h?

4. Członkowie komuny mieli do dyspozycji kilka własnych samochodów osobowych. Korzystali z nich np. w pierwszym okresie istnienia, by dojeżdżać do miejsc, w których żebrali (zanim plantacja zaczęła przynosić dochody). Mimo to, nie korzystali z nich by przewieźć ciężkie beczki z winem do miejsca parkowania ciężarówki, która je od nich odbierała. Woleli turlać je przez las (po tym grząskim terenie?).

5. Kilkanaście akapitów wcześniej Priest wspomina, że wino w beczkach jest prawie gotowe do odszpuntowania i butelkowania, co sugeruje chyba, że robią to na miejscu. Dalej okazuje się, że jednak nie — toczą beczki przez las i tak sprzedają wino, a butelkowaniem zajmuje się kto inny.

6. Tak zwana demokracja:

(…) Teoretycznie dyskusja była demokratyczna, a komuna nie miała przywódcy, ale w praktyce on i Star dominowali podczas takich spotkań. Priest sterował rozmowami w pożądanym przez siebie kierunku, raczej zadając pytania niż przedstawiając swój punkt widzenia. (…) A jeżeli zebrani byli przeciwni, udawał namysł i odkładał decyzję na później.

Jedno drugiemu przeczy. Co innego bycie de facto przywódcą i umiejętne sterowanie dyskusją w pożądanym przez siebie kierunku, a co innego jawne podejmowanie decyzji (teraz lub później). Ostatnie zdanie absolutnie nie pasuje do reszty tekstu.

7. Komuna nie była zelektryfikowana, a mimo to korzystali z laptopa, telefonu komórkowego i radia. Radio jechało na baterie, a telefon i komputer doładowali… w bibliotece miejskiej w odległym o dziesięć kilometrów mieście.

Biorąc pod uwagę, że baterie laptopów w połowie lat dziewięćdziesiątych wystarczały na maksymalnie dwie godziny, a telefonów komórkowych na może jeden dzień (i były przy tym cholernie ciężkie), to jakoś mocno nie klei mi się wizja pokonywania dwudziestu kilometrów tam i z powrotem prawie codziennie, by naładować ten sprzęt. Autor chyba mocno tu przerysował.

Inna sprawa, że pojawianie się prawie codziennie i spędzanie paru godzin w bibliotece w dokładnie tym samym miejscu (w „gniazdku służącym do podłączenia odkurzacza” — bo przecież innych gniazdek elektrycznych w typowej amerykańskiej bibliotece nie ma) niemalże natychmiast zwróciłoby na siebie uwagę pracowników i stałych bywalców biblioteki. A skrajnie minimalny rozgłos to był fundament dla komuny.

2+1 tête-à-tête

Ten fragment powieści to jest po prostu dramat!

1. Facet ma naprawdę dużo kłopotów na głowie. Popełnił kilka poważnych błędów, FBI uruchomiło śledztwo w jego sprawie, większe niż się spodziewał, a na dodatek musi skądś w środku nocy zdobyć profesjonalny aparat fotograficzny i legitymację prasową. Mając to wszystko w głowie, jedyne o czym myśli, to… seks z dwoma panienkami…

No, bardziej sztuczne to już chyba nie mogło być. Miałem wręcz wrażenie, że wydawca zadzwonił do autora i dał mu zlecenie: „Słuchaj, musi być seks lesbijski, rozumiesz? Nie ważne, gdzie go wsadzisz, możesz go wstawić w najbardziej absurdalnym miejscu powieści, ale musi być. Czaisz bazę?„.

2. Panienka dobiera się do drugiej panienki. Dla tej drugiej miałby to być pierwszy raz z kobietą. Nie chce tego. Mówi dwa razy wyraźnie nie. Potem mówi trzeci raz, jeszcze głośnie i zaciska uda. Ponieważ ta pierwsza nie czai jednak bazy i dobiera się do niej po raz czwarty, obrywa w pysk. Dość naturalne, chciałby się rzecz. I reakcja tamtej: „Auć, czemu to zrobiłaś?„. Nosz, kurwa… bo chciałaś mnie zgwałcić?

Są ludzie i ludziska. Nie krytykuję tu samej sceny. Krytykuję tu autora, który do tego miejsca, przez całą powieść kreślił nam obraz Star, jako inteligentnej, ogarniętej kobiety, która wiele przeszła i oględnie mówiąc przez całą książkę zachowuje się jak rozsądna osoba. Po to tylko, by w tej scenie przedstawić nam Star 2.0, kompletnie skołowaciałą blond-kretynkę.

Tu się poddałem. Ta scena okazała się być gwoździem do trumny.

Pozostałe błędy

1. Mam dość poważny problem z umiejscowieniem tej powieści w czasie. Para głównych bohaterów kupiła farmę pod koniec lat sześćdziesiątych, prowadziła ją przez dwadzieścia pięć lat i nagle… są laptopy, telefony komórkowe oraz internet tak powszechny, że dostępny nawet na zadupiu w górach Sierra Nevada. W 1995 roku prawie na pewno całe Stany nie były pokryte sieciami komórkowymi z dostępem do Internetu. To nie te czasy.

Siedemdziesiąt plus dwadzieścia pięć to zaledwie rok 1995. Potwierdza to początek kariery filmowej Leonardo di Caprio, który jest wspomniany w powieści. Laptopy, a i owszem. Telefony komórkowe — raczej bardzo pierwsze modele i raczej niedostępne cenowo dla biedaków z komuny winiarskiej. Powszechnie dostępny internet mobilny połowie lat dziewięćdziesiątych — na pewno nie. Nawet w USA.

Internet mobilny w amerykańskich komórkach być może i istniał w 1995 roku. Ale z pewnością, w sensie ogólnym, nie był już wówczas tak popularny, by całe Stany, włącznie z największymi dziurami górskimi były nim pokryte.

2. Zarobił kilka milionów dolarów (!) na prowadzeniu firmy handlującej alkoholem, potem przez 25 lat zarządzał winnicą, będąc analfabetą? Niby jest to wyjaśnione, ale mimo wszystko uważam, że wątek za mocno naciągany.

Gościu od pomidorów, który chciał sprzątać w Microsoft nie miał maila, ale mimo wszystko pisać i czytać potrafił.

3. Wiem, że znane osobistości ze świata miewają czasem skrajnie zabawne nazwiska (np. tegoroczny laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii — Goodenough). Ale bez przesady, raczej trudno kupić bajkę, że osoba publiczna nosi nazwisko… Miesiąc Miodowy (Albert Honeymoon).

4. Chyba trochę trudno mieć brwi blond tak jasne, że aż prawie przezroczyste i jednocześnie rdzawo-rude włosy.

5. Mała grupa umysłowych popaprańców wynajmuje spory kawał ziemi, wywieszają transparenty z napisami: „Nie uznajemy jurysdykcji rządu Stanów Zjednoczonych” oraz „szykujemy się do odparcia chińskiej inwazji”. Chodzą po swoim terenie uzbrojeni po zęby, a na pytania policjanta udzielają odpowiedzi wymachując bronią. I… nikt się tym absolutnie nie przejmuje ani nic z tym nie robi. Wydaje mi się, że tzw. „amerykański luz” nie sięga aż tak daleko.

6. Również i Ken Follett ma duży problem z zegarkiem i kalkulatorem.

Do Sacramento, stolicy stanu, jedzie się z San Francisco dwie godziny.

Nie, nie prawda. Z San Francisco do Sacramento jest niecałe 150 km (88 mil) i jedzie się niecałe półtorej godziny. Bzdurą jest więc też stwierdzenie autora, że Judy musiała grzać jak oszalała, łamiąc wszelkie ograniczenia prędkości, przekraczając prędkość 100 mil na godzinę i narażając się tym na idiotyczne spotkania z jeszcze bardziej idiotycznymi policjantami drogówki (poniżej), żeby zdążyć w półtorej godziny. Faktycznie, dojechałaby tam bowiem z palcem w dupie.

7. Policjant amerykańskiej drogówki, który nie rozpoznaje odznaki FBI i pyta: Co to? Ekskjuzmi, ale o co kaman?

8. Priest (wraz z innymi) zjeżdża na stację benzynową dwoma samochodami, by je zatankować. Orientuje się przy tej okazji, że jest za pięć szósta i warto by wysłuchać wiadomości, czy już może o nich mówią w radio. Co robi? Jeśli myślicie, że wsiada do jednego z samochodów, włącza radio i słuchając wiadomości odjeżdża, to jesteście w błędzie.

Zamiast tego kombinuje jak koń pod górę, najpierw z wybieraniem gazet, potem z kręceniem się po sklepiku przy stacji benzynowej, a wreszcie z kupowaniem dużej ilości batonów, żeby tylko… podsłuchać wiadomości lecące w radio sklepowym. Spadłem z krzesła. Nie wiem… to jest kolejna scena na zamówienie? Autor dostał 50 dolarów honorarium od producenta batonów czekoladowych za to, że te znalazły się w jego bajce?

Mały smaczek na koniec

Nie wiem dlaczego, ale na co najmniej kilku stronach internetowych (m.in. lubimyczytac.pl i empik.com) opis tej książki pasuje do jej treści, jak pięść do nosa:

1. Organizacja, która nadała oświadczenie od samego początku jest nazwana — tytułowy Młot Edenu — i nigdzie w powieści nie występuje jako niezidentyfikowana grupa terrorystów.

2. Oświadczenie zostało podane w biuletynie internetowym, a nie przez radio.

3. Ostrzeżenie zignorował gubernator stanu i FBI, a nie policja. Policja w ogóle nie była zaangażowana w temat.

4. Judy Maddox, podobnie jak reszta postaci w powieści, była bardzo sceptycznie nastawiona do groźby. Zmieniła zdanie po rozmowie z profesorem Quercusem, a nie przed nią. I dopiero wtedy podjęła intensywne śledztwo.

5. Terroryści w oświadczeniu grozili sztucznym wywołaniem trzęsienia ziemi, bez wskazywania konkretnego miasta. Nigdzie nie padła groźba, że zniszczone zostanie akurat San Francisco.

6. Ów nieoczekiwany wstrząs zarejestrowany w odludnej części stanu potwierdził tezę, a nie hipotezę. Gdy wystąpił, Judy była już po rozmowie z profesorem i była już przekonana o możliwości sztucznego wywoływania wstrząsów.

Odnośnie punktu pierwszego, to najzabawniejsze według mnie jest to, że w tym jednym akapicie streszczenia powieści autor przeczy sam sobie. W pierwszym zdaniu używa określenia niezidentyfikowana grupa terrorystów, a w przedostatnim — używa zwrotu: terroryści, sygnujący swoje komunikaty jako Młot Edenu.

Nie mam pojęcia kto, i po co napisał taki opis książki, ale chyba ta osoba czytała inną powieść. Na stronie WWW wydawnictwa znajduje się streszczenie o zupełnie innej treści, pozbawione tych wszystkich powyższych błędów. Zwykle księgarnie robią copy-paste opisów ze stron wydawnictw. Szkoda, że tym razem od tego odstąpiono.

Zostaw komentarz