Andrzej Sapkowski — Ostatnie życzenie

2.01.2009 r.

No, to biorę się za Sapka, czy też — jak niektórzy twierdzą — ASa polskiej fantastyki. Niestety, powtarza on ten sam schemat, co wielu znanych pisarzy, czyli — im dalej w las tym więcej błędów (i drzew). Dlatego, wzięte na przystawkę do obiadu, posty na temat błędów z obu tomów opowiadań są dość krótkie. Później, niestety, już tylko więcej i gorzej. Ale… nie ma co narzekać tutaj. Tu ledwie dziewięć błędów, średnio po jeden na opowiadanie, więc top-liga! :>

„Wiedźmin”

1. Grododzierżca Velerad opowiada, że strzyga zabija „do 500 ofiar na rok”. Później zaś, że poza kryptą atakuje tylko o pełni księżyca i to nie w każdą. Bez ograniczeń (każdej nocy) atakuje tylko śmiałków, którzy odważą się wejść do krypty. Wynikałoby z tego, że albo w ciągu każdej pełni pożera kilkanaście osób albo, że chętni do jej zabicia bądź odczarowania walą do krypty drzwiami i oknami. Pierwsza wersja odpada, bo jak sam Velerad później stwierdza – wystarczyło przywiązać do palika jednego przestępcę, by strzyga nażarła się i dała spokój tej nocy dalszym atakom. Druga opcja też mi średnio leży, bo by wychodziło z niej, że codziennie co najmniej dwóch chętnych lub co tydzień kilkunastu przybywa z chęcią rozwiązania „problemu” strzygi.

2. Velerad opowiada najpierw, że gdy książę Foltest zrobił dziecko swojej siostrze Addzie, to od księcia Vizimira z Novigradu akurat przybyli posłowie, by go swatać z córką księcia, Dalką. Później zaś dowiadujemy się, że dokładnie w tym samym momencie z księciem toczyła się mała lokalna wojna o przebieg granic. Jakoś trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto jest ze swoim sąsiadem w stanie wojny (nawet o tak błahy powód) posyła do niego jednocześnie posłów na swaty.

„Ziarno prawdy”

1. Finałowa walka opowiadania. Najpierw mamy o wampirzycy: „Przesunęła się jeszcze bardziej do przodu, chwyciła go za głowę. (…) Bruxa znów przesunęła się na żerdzi, przechyliła głowę ku gardłu Nivellena”. A potem o Geralcie: „Uderzył pewnie, jak setki razy przedtem, środkiem brzeszczotu (…)”. I trochę mi jedno do drugiego nie pasuje. Bo jeśli bruxa była tak blisko, że szponami mogła objąć głowę Nivellena, a Geralt ciął środkiem miecza, to obawiam się, że odciął by obie głowy jednocześnie – wampirzycy i Nivellena, którego w ten sposób usiłował uratować.

„Głos rozsądku III”

1. Osobiście bardzo nie podoba mi się idea „miecz kontra czary”. Zarówno w tym króciutkim epizodzie u Sapkowskiego, jak i w pierwszych tomach „Ziemiomorza” Ursuli Le Guin pojawia się motyw, w którym król, kniaź, rycerz lub innej maści władyka grozi czarodziejom albo kapłanom, urąga im, obraża ich zupełnie tak, jakby miecz był rozwiązaniem wszelkich problemów. Czy nie powinno być właśnie na odwrót? Że przed czarami tej różnej maści władycy srają w gacie? Nie wiem, może czepiam się detali. Ale jednak jestem przekonany, że to jest skrajnie nieżyciowe i nierealne podejście. Według mnie, wszyscy wyżej wymienieni doskonale zdawaliby sobie sprawę, że ich koziki są na nic wobec czarów. I dlatego staraliby się osiągnąć cokolwiek ugodami, podchodami i kupczeniem, a nie zastraszaniem i żądaniami.

„Mniejsze zło”

1. Główna bohaterka, gdy była malutkim dziecięciem to zatłukła kanarka, dwa szczeniaki, a pokojówce wykuła oko grzebieniem, taka z niej cholera była. Widząc, to jej rzekomo wielce oczytana i wykształcona matka wysłała ją do lasu wraz z łowczym, który miał ją tam po cichu zarąbać. Nie udało mu się to, dał się sam ubić, a rzeczona Renfri uciekła, co panu Sapkowskiemu pozwoliło w ogóle napisać tą historię. Tylko trochę mi te dwa fakty się wzajemnie wykluczają. Bo albo matka była rzeczywiście tępa i głupia jak but, albo wybrała by jakieś skuteczniejsze rozwiązanie. Własnoręcznie zatłukła złośliwą pipę tłuczkiem do orzechów, pocięła mizerykordią, otruła czymś, nasłała bandę rozjuszonych nosorożców albo zwyczajnie utopiła w kąpieli.

„Kwestia ceny”

1. Może znów czepiam się szczegółów, ale ponownie nie leży mi idea, która legła u podstaw tego opowiadania. Jeż z Erlenwaldu, który jak się dowiadujemy później z sagi okazał się być wielkim imperatorem Nilffgaardu, twierdzi, że królewnę Pavettę obiecał mu jej ojciec na zasadzie znanej u wiedzminów przepowiedni o dziecku-niespodziance. Cytując rzeczonego: „Poprosiłem, by obiecał oddać mi to, co w domu zostawił, o czym nie wie i czego się nie spodziewa”. Problem w tym, że wcześniej Jeżu mówi o tym, iż wyratował króla będącego w trakcie łowów w Erlenwaldzie i za ów ratunek miała być to nagroda. Powstaje więc pytanie – to ile król był na tych łowach? Skoro wyjechał i baba jeszcze nie wiedziała, że jest w ciąży, a jak wrócił to już była w połogu? Na pół roku lub dłużej? Bajka ta działa w przypadku Wiedzmina, którego ojciec był zdaje się kupcem, a ci faktycznie za zarobkiem potrafią wyjeżdżać na pół roku i dłużej. I równie faktycznie mogą opuścić żonę nie spodziewającą się dziecka, a zastać po powrocie kobietę w połogu i potomstwo wesoło kopiące nóżkami w kołysce. Ale moim skromnym zdaniem bajeczkę tą szlag trafia w przypadku króla i łowów, bo na te — nawet do najodleglejszego miejsca w państwie — wybiera się na maksymalnie miesiąc lub dwa. A ciąża nawet u Sapkowskiego trwa dziewięć miesięcy i ani trochę krócej.

„Kraniec świata”

1. Torque mówi: „Oni głodują w górach, zwłaszcza zimą. A o rolnictwie nie mają pojęcia. Zanim udomowią zwierzynę czy drób, zanim cokolwiek wyhodują na poletkach… Oni nie mają na to czasu, człowieku”. Wynika więc z tego, że ów diabełek delikatnie mówiąc ratuje dupę elfikom przymierającym z głodu i będącym na krawędzi wyginięcia. Ci zaś, wspaniałomyślnie odwdzięczają mu się za to chęcią zabicia go, praktycznie bez mrugnięcia okiem (a nawet z bezsensownymi wyrzutami — nie pozostawiasz nam wyboru), za to tylko, że ten nie pozwolił zabić dwóch świadków ich przekrętu. Pomijając kwestie moralne, czy nie jest tak, że jak ukatrupią jedynego dostarczyciela żarła, to tak jakby pomrą z głodu? Skoro sami, łamagi, nie potrafią nic wyhodować. Więc, albo ja czegoś tu nie kminię, albo pan Sapkowski lekko się zamieszał.

2. No i, też strasznie źle (prawie wcale) przemawia do mnie zakończenie tej opowiastki. Harde dzioby, panowie i panie elfowie plują na ludzi ile wlezie, kopią się wzajemnie po ryjach, następnie jedni drugich usiłują wykończyć zamieniając w sito przy pomocy kilku kusz. Nagle zjawia się Pani Wiosna, czy jak ją tam pan Sapkowski zwał i bez słowa wygania elfów za góry. Ci przy pożegnaniu z „plugawymi ludźmi” zachowują się prawie tak, jak ich dobrzy i wyrozumiali przyjaciele.

„Ostatnie życzenie”

1. „Kula płonęła silnym mlecznym blaskiem, prześwietlała na czerwono palce czarodziejki”. Eee… Mlecznym na czerwono? Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić ani tego ani czerwonego mleka.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Ta strona jest obecnie w trakcie importu. Przenoszę posty z innych źródeł. Różne dziwne rzeczy mogą się tu dziać, dopóki ten proces się nie zakończy (a ta informacja nie zostanie usunięta).

Trwa import wpisów...