Alistair MacLean — Wielka tama

12.10.2011 r.

Należy zwrócić uwagę osobom, które nie czytały do tej pory tej książki, że jest to powieść wyjątkowo rozlazła. Nie, nie jest nudna – w żadnym wypadku. Po prostu autor opisuje większość wątków, rozmów i sytuacji z pietyzmem. Przez co kilkusetstronicowa książka opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce w ciągu zaledwie 2-3 dni, a akcja toczy się leniwie. Nie jest to jednak typowe lanie wody — cierpliwi zostaną nagrodzeni naprawdę ciekawą powieścią sensacyjną.

Bardzo podobna mi się w tej powieści fakt, że terroryści nie są nieomylnymi super-herosami, dysponującymi planem dopracowanym w najbardziej szczegółowych szczegółach. Wprost przeciwnie — wielokrotnie popełniają błędy, a nawet wygłupiają się i narażając się przy tym na kpiny ze strony protagonistów (tych „dobrych”). Popełniają też mniejsze, czy większe pomyłki. Autor kreśli ich jako ludzi typowych, którzy znaleźli się w wyjątkowo nietypowej sytuacji. Nie są plastikowymi do bólu lub wyciętymi z kartonu amerykańskimi „supel hiloł”. Duże brawa dla autora za to.

Na zasadzie dokładnego przeciwieństwa, niestety nie przypadł mi do gustu główny bohater, Van Effen. Detektyw jest w powieści kreślony jako istota absolutnie nieomylna, potrafiąca przewidywać rozwój wypadków, działania, a nawet myśli przeciwników z taką dokładnością, że aż chyba czytała scenariusz książki! :] W zasadzie jedyną jego wpadką jest nieumiejętność przewidzenia (i zapobieżenia) porwania swojej siostry. A moim skromnym zdaniem to stanowczo za mało, żeby uczynić tego bohatera prawdziwym, nieprzerysowanym.

Akcje zbrojne w prologu

1. O strzelaninie przy arsenale De Doorns i wybuchu (prolog), który pozostawił po sobie krater o szerokości sześćdziesięciu metrów i głębokości dwunastu metrów policję zawiadomiło „(…) dwóch mieszkańców wioski, cierpiących na bezsenność (…)”. Hm… Wydaje mi się, że eksplozja pozostawiająca krater, w którym mógłby się schować w całości czteropiętrowy blok mieszkalny byłaby słyszana nie tylko przez wszystkich mieszkańców wioski De Doorns oraz liczne posterunki policji w bliższej i dalszej okolicy, ale również mieszkańców miast i miasteczek wiele, wiele kilometrów od miejsca wybuchu. Gwoli tylko ścisłości pragnę przypomnieć, że po próbnym wybuchu bomby atomowej, przed jej zrzuceniem na Hiroszimę, powstał krater o średnicy osiemdziesięciu i głębokości dwóch metrów. Sądzę, że i ten wybuch słyszało trochę więcej osób, niż tylko dwójka cierpiąca nie bezsenność.

2. Autor sugeruje, jakoby arsenału w Metnitz, w RFN, w którym przechowywano między innymi taktyczne bomby atomowe, broniła dwójka wartowników zalanych w sztok. Mało realne i trudne do uwierzenia.

3. Jeszcze trudniejszy do uwierzenia jest fakt, że Amerykanie trzymają bomby atomowe (choćby i te walizkowe) w którejkolwiek swojej bazie wojskowej poza granicami USA. Myślę, że tego typu broń byłaby zazdrośnie strzeżona wyłącznie na kontynencie amerykańskim i to w ściśle wyselekcjonowanych, potężnie bronionych bazach wojskowych.

4. FFF — organizacja terrorystyczna przedstawiona w książce jako główni antagoniści — wyłamało się (prolog) do dwóch składów broni: holenderskiego w De Doorns i bazy amerykańskiej w RFN. Akcja w De Doorns zakończyła się dość widowiskowym fiaskiem (eksplozja kradzionej broni, śmierć terrorystów). Mimo to w RFN FFF ukradło tylko bomby atomowe, nie uzupełniając braków w broni. Moim zdaniem mocno naciągane, żeby uzasadnić wątek o kupnie broni od Van Effena i George’a, który pojawia się dalej w książce.

Zatopienie lotniska

1. Główną falę powstałą z rozerwanej tamy poprzedzała niewielka fala pierwotna (w zasadzie — falka) o wysokości zaledwie 1-2 cala i zdaniem autora to ona powstrzymała mały samolot pasażerski przed startem i doprowadziła do jego katastrofy. No, to niech ktoś sobie weźmie linijkę, miskę wody i naleje do niej tyle, by lustro miało wysokość maksymalnie pięciu centymetrów (2 cale) i samemu oceni, czy taka ilość wody rozlanej na pasie startowym mogłaby powstrzymać jakikolwiek samolot przed startem? Moim zdaniem to niemożliwe.

2. Do wypompowania wody, która zalała płyty i pasy startowe używano „(…) największych i najlepszych pomp na świecie (…)”. To słowa inżyniera, czyli człowieka, który raczej dąży do dokładności, a nie jakiegoś egzaltującego się pismaka. Mimo jednak wszystko twierdzę, że władze lotniska nie były w stanie sprowadzić w ciągu paru godzin największych pomp, jakich używa się na świecie. Wiem, czepiam się słówek, ale ja przecież z tego słynie mój blog! :]

3. Rozważając możliwe scenariusze podłożenia ładunków wybuchowych w tamie jeziora przy lotnisku wysnuto następującą teorię: Terroryści użyli grupy nurków, którzy zanurzyli się z dwóch łodzi zacumowanych przy tamie, wywiercili otwory i podłożyli ładunki. Użyli zapewne silników elektrycznych, bo dieslowskie wydają za dużo hałasu. Cała operacja miała miejsce w nocy poprzedzającej wybuch. O planach wysadzenia tamy poinformowano dzień wcześniej media, władze lotniska i policję, podając dokładną godzinę wybuchu, czyli jedenastą rano dnia następnego. Mimo to, policji patrolującej tamę, (bo należy chyba założyć, że po takim ostrzeżeniu jakikolwiek patrol został wysłany), nie wydały się podejrzane dwie łodzie przycumowane tuż przy tamie, wskazanej jako miejsce akcji terrorystycznej. Nikt też, ani z obsługi tamy, ani z okolicznych mieszkańców, ani z ewentualnego patrolu nie wyczuł drgań związanych z wierceniem otworów w betonie, prawda? Bzdury!

4. Snując powyższą teorię śledztwo najpierw doprowadza do wniosku, że że użyto zapalnika zegarowego, zbudowanego w oparciu o najpospolitszy budzik, a następnie — bez żadnego wyjaśnienia — zmienia kurs o sto osiemdziesiąt stopni w stronę teorii, że ładunki odpalono drogą radiową.

5. Autor nie wysilił się na wyjaśnienie, jak to możliwe, że o porwaniu dwóch łodzi, których użyto do podłożenia bomby policja dowiedziała się dopiero po wybuchu, czyli po jedenastej rano. Mimo, że porwania dokonano wieczorem dzień wcześniej, a jedną z łodzi porwano razem z jej właścicielem. Nikt nie zauważył zaginięcia rybaka ani dwóch łodzi?

6. W kolejnym rozdziale następuje rozwinięcie wątku i tym samym autor zaprzecza samemu sobie. Okazuje się, że łódź nie została porwana razem z właścicielem. Rybaka jedynie z niej ściągnięto, spętano, zakneblowano i przewieziono do jego własnego domu. Pół godziny później go uwolniono. Ale nadal nie mamy wyjaśnienia, jakim cudem zwlekał on ze zgłoszeniem tego faktu policji aż do dwunastej rano dnia następnego, gdy było już po sprawie.

7. Wyżej wymienionego poszkodowanego autor opisuje jako mającego flegmatyczne podejście do całej sprawy. Chwilę później mówi natomiast, że ten był tak wzburzony, iż od początku rozmowy z policjantami krzyczał. Oburzenie nie pozwoliło mu pohamować emocji podczas rozmowy telefonicznej ale pozwoliło mu czekać przeszło dwanaście godzin, żeby w ogóle zadzwonić na policję?

8. Zgodnie z zeznaniami świadka, szef grupy porywaczy nosił ciemne okulary. Wśród wielu powodów takiego stanu rzeczy dwaj przesłuchujący policjanci (a w zasadzie — komisarz policji i prywatny detektyw) wysnuli wniosek, że być może cierpiał on na kurzą ślepotę. I posłusznie wyjaśnili zaraz czytelnikom, że istnieją dwa rodzaje tego schorzenia. Częstsze objawia się tym, że po zmroku nie widzi się praktycznie nic. Rzadsze — że w ciągu dnia jest się praktycznie zupełnie ślepym, za to w nocy wzrok się wyostrza. Obaj funkcjonariusze wraz autorem przeoczyli jedynie fakt, że akcja porwania łodzi miała miejsce wieczorem, w niemalże zupełnych ciemnościach. Okulary słoneczne cierpiącemu na kurzą ślepotę dowolnego rodzaju nic by nie dały. Jeśli cierpiał na schorzenie pierwszego rodzaju, to ciemne okulary czyniły otaczający go świat jeszcze ciemniejszym (np. przyciemniając światło nielicznych lamp). Jeśli natomiast cierpiał na kurzą ślepotę drugiego rodzaju, to również niewiele mu dawały, bo był wieczór. To jest generalnie dość oczywiste i dość trudno uwierzyć w to, że ani komisarz policji ani prywatny detektyw nie wpadli na coś takiego.

Spotkanie Anne-Marie z siostrą Van Effena

1. Gdy Van Effen zaprasza Anne-Marie (swoją koleżankę z policji) po raz pierwszy do domu Julie (swojej siostry), policjantka mówi mu, że wie o śmierci rodziny Van Effena. Ten w reakcji pyta, czy dowiedziała się tego od Julie. To pytanie jest pozbawione sensu. Van Effen od wejścia do domu, aż do tej rozmowy nie opuszczał Anne-Marie na krok. Widział więc, że nie miała ona żadnej okazji porozmawiać z Julie na osobności. Z resztą, nawet gdyby mogła, to chyba takich rodzinnych tajemnic nie ujawnia się w ciągu pierwszych pięciu minut spotkania z obcą, nowopoznaną osobą. Jest więc boleśnie oczywiste, że Anne-Marie musiała o tej rewelacji dowiedzieć się od kogoś innego. Dość prostacki błąd jak na tak przebiegłego i przewidującego detektywa, jakim Van Effena przez całą książkę maluje autor.

2. No i znowu cała trójka pije kawę w środku nocy! Z wódką do tego. Ja nie potrafię po prostu tego pojąć. Co książka pisarza-obcokrajowca, to zawsze ktoś, gdzieś pije kawę w nocy lub późnym wieczorem. I najczęściej godzinę później smacznie śpi. Co jest grane? Kawa spoza Polski nie działa tak, jak powinna? Nie rozbudza?

3. Julie w rozmowie z Van Effenem mówi o Anne-Marie, że jest ona jedną z dwóch osób, które kocha (Julie, a Van Effen, jej brat, jest zapewne tą drugą osobą). Czy to aby przypadkiem nieco zbyt pochopna opinia? Biorąc pod uwagę, że Julie w momencie wypowiadania tych słów zna Anne-Marie zaledwie jeden wieczór.

4. Obie dziewczyny zostały porwane przez gang, który zabił Van Effenowi żonę i dziecko, a ponadto słynął z ogromnej brutalności i chęci do torturowania porywanych osób oraz regularnie groził detektywowi śmiercią. Mimo to, w ciągu piętnastu minut od poznania faktów Van Effen dwukrotnie się uśmiecha i czasem żartuje. Śmiem twierdzić, że wizja porwania dwóch najbliższych osób przez przestępców tego kalibru nie pozwoliłaby nikomu nawet na nieświadome półuśmieszki.

Helmut Paderewski

1. Zacząć należy od tego, że gdy usłyszałem to nazwisko, to spadłem z krzesła ze śmiechu! A gdy autor uświadomił mi, że dwóch głównych bohaterów na poważnie uważa, iż ktoś na prawdę mógłby mieć tak na nazwisko, nakryłem się nogami i zacząłem wyć. To oczywiste, że my, Polacy nie znamy wszystkich twórców muzycznych z innych państw. Ale, gdyby ktoś większości z nas przedstawił się jako Helmut Bach, Helmut Mozart, czy na przykład Helmut Czajkowski, to co najmniej trzy czwarte ludzi z góry założyłby, że to pseudonim artystyczny lub (w opisywanej sytuacji) nazwisko fałszywe. I mało kto rozważałby, czy ono aby na przykład nie jest prawdziwe.

2. Jeden z pojawiających się w książce specjalistów-lingwistów stwierdził: „Helmut Paderewski tak na prawdę pochodzi z Irlandii Północnej. Jest Dublińczykiem”. Połowie mieszkańców Dublina (i pewnie trzem czwartym rodowitych Irlandczyków z Północy) właśnie w tej chwili otworzył się nóż w kieszeni…

3. W tej samej scenie kilka błędów tłumacza: „(…) Wiem to, bo sam trzy lata studiowałem na Uniwersytecie Trójcy (…)”. Nie tłumaczymy nazw własnych! Zdecydowanie powinno być: „(…) w Trinity College (…)”.

4. Van Effen, znający co najmniej cztery języki, w tym polski oraz — zakładam, że — angielski, nie był w stanie samemu odkryć, że Helmut Paderewski nie jest Polakiem, za którego się podawał, tylko Irlandczykiem z Irlandii Północnej? Aż tak bardzo akcent nasz i irlandzki są (zdaniem autora) do siebie podobne, że Irlandczyk mówiący nawet płynną polszczyzną (znaną Van Effenowi) był w stanie imitować akcent rodowitego Polaka? Trudno w to uwierzyć.

Atak na Pałac Królewski

1. Na spotkaniu z Romero Agnielli, tuż przed akcją, Van Effen powiedział do niego, że im mniej wie, tym lepiej dla niego. Po chwili zaprzeczył sam sobie, rozpoznając, że Maria to siostra Agniellego, a Caithlin to Irlandka.

2. Chwilę później Van Effen zadał pytanie, czy to Job ma dokonać radiowej detonacji bomby podłożonej pod pałacem mimo, że chwilę wcześniej został poinformowany, iż na akcję do pałacu królewskiego idzie tylko on i obaj bracia Agnielli. Chciał powierzyć detonator podkładanej własnoręcznie bomby obcej, znajdującej się gdzie indziej osobie? Czy autor się pieprznął i sam sobie zaprzecza?

3. Zamachowcy wybierali się do pałacu w przebraniu członków agencji wykrywającej bomby. Już samo to jest dziwne. Co to jest „agencja wykrywająca bomby”? Czy przypadkiem nie zajmuje się tym policja lub saperzy? Potem pada hasełko: „(…) Mamy szukać bomb ukrytych w ścianach (…)”. Eee… Zamurowane bomby? Kontrola pirotechniczna bez wcześniejszych gróźb, ot tak… wyrywkowo? Bo może ktoś przypadkiem we wtorek zamurował bombę pod tronem holenderskiego króla? Jak kontrola liczników wody lub szczelności instalacji gazowej?

4. Wyrafinowany zabójca, członek gangu słynącego z wyjątkowego okrucieństwa względem swoich ofiar, blednie na widok sztucznej blizny po niby-oparzeniu Van Effena? Mocno naciągane.

5. Po spotkaniu przedstawicieli FFF z członkami rządu Holandii (ministrowie) Van Effen przyznał się, że to on osobiście podłożył i zdetonował bombę pod pałacem (oczywiście już po wyjściu członków FFF). W reakcji na to, minister obrony zażądał jego natychmiastowego aresztowania, na co komisarz policji De Graaf odpowiedział pytaniem: „(…) Pod jakim zarzutem, sir? (…)”. No, powód jest tak oczywisty (zdrada stanu), jak pytanie jest głupie.

6. Chwilę później De Graaf dopowiada, że jest komisarzem policji i nikt w Amsterdamie nie może go zaaresztować. Nikt? Władza absolutna komisarzy policji w Holandii?

Van Effen w szeregach wroga

1. Van Effen wybrał do zmylenia Agniellich Vasco, który miał działać przed nimi wespół z nim, pod nowym nazwiskiem i kamuflażem. Mimo, że już ich oszukiwał od wielu miesięcy, udając inną osobę i używając innego przebrania i w związku z tym był pod ich czułą obserwacją. Brak sensownego wytłumaczenia, dlaczego Van Effen nie mógł wybrać kogoś innego i postanowił tak bardzo ryzykować dekonspirację.

2. Romero Agnielli zapytany, dlaczego porwał Anne-Marie razem z siostra Van Effena odpowiedział, że dlatego, iż jest ona córką wyjątkowo bogatego człowieka, który ma ogromny wpływ na rząd — cechy porządane przez FFF. Sęk w tym, że tuż po porwaniu wyraźnie zasugerowano, że Anne-Marie porwano prawdopodobnie przy okazji porywania Julie, a porywacze byli zaskoczeni jej obecnością w domu Van Effena.

3. Van Effen przygotował po kryjomu i przekazał swojej siostrze małą karteczkę z informacjami. Słysząc wyraz „karteczkę” oraz kojarząc go na przykład z grypsem więziennym, chyba każdy założyłby, że będzie na niej kilka, może kilkanaście wyrazów, maksymalnie dwa lub trzy zdania. Też tak myślałem i dlatego spadłem z krzesła, gdy usłyszałem całą treść owej „karteczki”:

Przepraszam za wygląd i akcent. Rozumiecie chyba, że w tego typu towarzystwie nie mogę się pokazywać w mundurze, ani mówić swoim zwykłym głosem. Ten stanowczy młody oficer to Vasco. Zrozumiecie na pewno, dlaczego musi udawać, że boli go gardło. Anne-Marie mogłaby się zdziwić gdyby nagle usłyszała jego głos. Agnelli pewnie byłby równie zdziwiony. George jest z nami, chciałbym najpierw uprzedzić was o jego obecności. Nie mogłem pozwolić byście zawisły mu na szyi wołając o ratunek i ciesząc się z naszego przybycia. Nie znacie nas i nie chcecie znać. Trzymajcie się od nas z daleka ale bez przesady. Utrzymujcie dyskretny dystans, tak jakbyście miały do czynienia ze zwykłymi przestępcami. Nie próbujcie żadnych sztuczek. Nie róbcie niczego. Mężczyźni najprawdopodobniej nie są niebezpieczni ale miejcie oko.

Autor wciska nam tu totalny kit! Chyba nikt nie uwierzyłby, że policjant w przebraniu, pod czujnym okiem terrorystów, nie wychodząc nigdzie byłby w stanie niezauważony napisać taki poemat. Jakby tego było mało, autor robi ze swoich bohaterek skończone hiper-idiotki, skoro uważa, że główny bohater musi im tłumaczyć, że nie mógł przybyć w mundurze policyjnym oraz obawiał się, że obie panie rzucą się, piszcząc z radości, na widok George. Mało tego — jak można napisać „(…) Mężczyźni najprawdopodobniej nie są niebezpieczni (…)” w kontekście gangu słynącego z brutalności w traktowaniu swych ofiar i mającego już niemało morderstw na sumieniu, w tym — zamordowanie członków rodziny człowieka, który napisał o braku niebezpieczeństwa? No, po prostu żenada straszna!

4. Bracia Agnielli kupują broń i dopiero po jej dostarczeniu na miejsce ustalają cenę. Hm… ciekawi terroryści. A co, gdyby dostawca zaproponował cenę np. dziesięciokrotnie wyższą niż rynkowa? Mieliby do wyboru: zapłacić bajońskie, całkowicie nienależne kwoty, czy ryzykować, że dostawca z dostarczonego towaru robi użytek i zamieni ich w sałatkę z krwistym ludzkim befsztykiem?

5. Stodoła nieużywana od kilku lat nadal cuchnęła zatęchłym sianem?

6. W rozumowaniu (dość słusznym) Van Effena, cała akcja FFF mogłaby spalić na panewce w wyniku utraty przez organizację jako takiego poklasku w społeczeństwie. To zaś mogłoby zdarzyć się w wyniku śmierci Davida Meiera, ojca Anne-Marie. Fingując jego śmierć (co byłoby bardzo łatwe, wszak cztery dni wcześniej wyszedł ze szpitala po drugim zawale) można by więc zlikwidować groźbę zalania całej Holandii i zagrożenia życia czternastu milionów jej mieszkańców. Nikt jednak nawet nie pomyślał o takim rozwiązaniu.

7. Terroryści z FFF oraz policjanci traktują bomby atomowe jak zwykłe. Zakładają akcję w dzień, bo lot śmigłowcem w nocy jest zbyt niebezpieczny i mógłby zagrozić zbyt dużym wstrząsem przy lądowaniu w niepewnym, ciemnym terenie. Ktoś tu chyba zapomniał, że bomba atomowa nie wybucha od mocniejszego potrząśnięcia, tylko wymaga kontrolowanej reakcji chemicznej do aktywacji i wybuchu. Nie jestem ekspertem od pirotechniki, ale prawdę mówiąc, to chyba tylko nitrogliceryna wybucha pod wpływem wstrząsu a do detonacji każdej innej, również konwencjonalnej bomby potrzeba zapalników. Które zwykle są nieaktywne lub w ogóle transportowane oddzielnie. Gdyby tak nie było, to wojny nie miałyby sensu, czy raczej w ogóle by do nich nie dochodziło, bo obie strony konfliktu wysadzałyby się same w powietrze podczas transportowania bomb.

Pozostałe błędy

1. FFF nie zdetonowało bomby w jednym z zapowiadanych miejsc, a policjanci nawet nie przeszukali tego miejsca? Bo potem okazało się, że miny jednak były i następnego dnia je zdetonowano? Ludzie, co za bzdura! Naciągane, aż piszczy, żeby uzasadnić wątek dorobiony do całej tej sytuacji (z ośmieszeniem policji w oczach mediów).

2. Podczas jednego ze spotkań Van Effena z grupą Agnelli’ego, na pytanie (sugestię) o ukryty mikrofon, Van Effen odpowiada „(…) Tysiąc guldenów temu, kto znajdzie mikrofon, który przez godzinę montowałem na oczach barmana i wszystkich gości (…)”. Terroryści tę bajkę kupują. Toteż mam do autora kilka pytań retorycznych. Po pierwsze, co z mikrofonem montowanym przez przyklejenie, którego umieszczenie pod blatem trwa pięć sekund, a nie godzinę, i najczęściej nie zwraca niczyjej uwagi? Po drugie, co z możliwością zamontowania mikrofonu wcześniej, przez kogoś innego — np. policję? To jest niestety mało realny wątek i w rzeczywistości potrzeba by wyjątkowo głupiego i naiwnego terrorystę, który by uwierzył w taką gadkę i faktycznie nie sprawdził, czy mikrofonu nie podłożono.

3. Van Effen (policjant!) był w stanie stworzyć imitację blizny na twarzy i sztuczną ranę na ręku, których jakość wykonania budziły zachwyt profesora chirurgii plastycznej? Śmiem twierdzić, że to przesada.

4. De Graaf wspomniał w pewnym momencie, że zapomnieli razem z Van Effenem wysłuchać wiadomości o szóstej wieczorem, w których rząd miał podać miejsce, gdzie spotka się z przedstawicielami FFF. Przecież w wiadomościach o 18:00 FFF dopiero podało w kolejnym oświadczeniu, że oczekuje tego spotkania.

5. Na początku książki policjant Vasco został przedstawiony, jako ten, którego nie da się śledzić tak, by on sam o tym nie wiedział. Dlatego dość zaskakujące są słowa Van Effena, wypowiedziane gdzieś w połowie książki: „(…) Przypuszczam, że Vasco okaże się słabym tajniakiem (…)”.

6. Autor książki twierdzi (ustami swego bohatera, jednego z członków FFF), że przemyt broni z Nowego Jorku do Dublina drogą morską odbywa się… przez port w Amsterdamie. Następnie drogą lądową do Ulsteru. Ma to niby tłumaczyć, czemu FFF uwzięło się na Holandię, skoro tak na prawdę walczy o wyzwolenie Irlandii Północnej. Hm… Ja tam specjalistą od transportu morskiego (ani tym bardziej przemytu broni!) nie jestem, ale nawet jako laik nie uwierzę w bzdurę, której statki transportujące ten „ciepły” towar nadkładają zaledwie (lekko licząc!) 1900 km (1180 mil morskich):

Przecież nawet zakładając prędkość statku 30 węzłów (a w przypadku wielkich transportowców to przecież jest absurd), czyli 30 mil morskich na godzinę, mamy dodatkowe półtorej doby! Po co niby? Tylko dlatego, że Amsterdam jest największym portem morskim Europy? Pomijając czas i koszty, to przecież wielokrotne, niepotrzebne ryzyko wykrycia przez choćby statki pogranicza wielu Państw po drodze (Francja, Belgia, UK, Holandia). No, bzdury po prostu! No, a tekścik o dostarczeniu broni a Amsterdamu do Ulsteru (w Irlandii, na wyspie!) drogą lądową to już wisienka na torcie bredni.

7. Rozdział ósmy zaczyna się od słów: „(…) W samo południe tego lutowego dnia na ulicach Amsterdamu było ciemno jak o zmierzchu (…)”. Hm… chyba pod żadną szerokością geograficzną (z wyłączeniem obszarów poza kołami podbiegunowymi oczywiście) nie ma tak, że w samo południe (gdy słońce jest najwyżej na nieboskłonie) jest ciemno, jak o zmierzchu, nie ważne jak gęste chmury by zalegały na niebie.

8. Rozdział ósmy, jak wynika z powyższego, rozpoczął się w samo południe. Po jakichś dziesięciu minutach rozmowy głównych bohaterów przyjechała furgonetka z członkami FFF i po krótkiej rozmowie padło zdanie na temat Agniellego: „(…) Tym samym dał wszystkim do zrozumienia, że zdołał się w końcu uspokoić, jeżeli w ogóle tego wieczoru został wytrącony z równowagi (…)”. Autor niestety zupełnie nie panuje nad upływem czasu we własnej książce.

9. W jednym miejscu, albo tłumacz zawalił sprawę piramidalnie, albo autorowi totalnie się pomieszało. Mamy bowiem zdanie: „(…) Komunikat FFF rozpoczyna się stwierdzeniem, że oczekują oni do północy na ostateczną odpowiedź w związku ze swoimi żądaniami. Odpowiedź ma być (…) ogłoszona (…) do godziny ósmej rano. Jeśli się tak jednak nie stanie i do północy nie ukaże się żaden komunikat w tej sprawie, to tama Oostlijk-Flevoland zostanie wysadzona dokładnie pięć minut po północy (…)”.

10. Nie za bardzo też rozumiem, jak to możliwe, że terroryści wieczorem informują, iż do szesnastej następnego dnia odłożyli detonację bomby atomowej, podając dokładną lokalizację ładunku i miejsca detonacji, a policja nie robi nic, aby potwierdzić te rewelacje, czy spróbować odnaleźć i rozbroić tę bombę. Oczywiście, że terroryści widząc jakiekolwiek ruchy policji najprawdopodobniej zażądaliby natychmiastowego przerwania akcji pod groźbą wcześniejszej detonacji. Zaskakujące jest jednak to, że nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, by zrobić cokolwiek. Wszyscy tylko siedzą z założonymi rękami i czekają, jak im FFF zagra. Spokojnie oczekują kolejnych eksplozji i potem teatralnie załamują rączki, gdy te już mają miejsce.

11. Przy którejś tam akcji FFF pada hasełko, iż nie będzie ofiar w ludziach, bo przewidywana fala powodziowa po rozwaleniu tamy będzie miała „zaledwie” pół metra wysokości. Hm… wody po tyłek, z pewnością nie ucierpi nikt — dzieci, chorzy i starcy również bez problemów wyjdą bez szwanku z takiej „lokalnej powodzienki”, nie?

12. W przypadku niespełnienia swych żądań, FFF grozi zalaniem większości powierzchni Holandii, czyli przynajmniej teoretycznie zagrożone jest życie ok. czternastu milionów Holendrów. Z kolei spełnienie tych żądań grozi wybuchem wojny domowej w Irlandii Północnej i śmiercią około trzystu tysięcy mieszkańców. Autor przytacza te dwie liczby tylko raz, a następnie na zmianę wychodzi mu, że raz zginie więcej ludzi w Holandii, a innym razem, że więcej w Irlandii Północnej.

13. W finalnej scenie pada zdanie: „(…) Wszyscy członkowie FFF spali w trakcie ich wiązania (…)”. A chwilę później: „(…) Członkowie FFF nie stawiali oporu (…)”. No, zdaje się, że dość trudno jest stawiać opór będąc pod wpływem silnych środków nasennych, nieprawdaż? :]

14. O jednej z członkiń FFF główny bohater mówi: „(…) Ojciec ojca Kaitlin był angielskim parem i zostawił jej spadek (…)”. Przydałoby się wytłumaczenie, dlaczego dziadek (ojciec ojca) zostawił spadek wnuczce, a nie swojemu synowi. Zdarzały się nam już takie sytuacje co prawda (vel. Paris Hilton), ale naprawdę nie zaszkodziłoby tu kapkę rozjaśnić, skoro się temat poruszyło.

Ciekawostki

1. W Polsce książka występuje w co najmniej dwóch wydaniach, w których różni się m.in, tłumaczeniem tytułu. Raz jest to więc „Wielka tama”, innym razem — „Śluza”.

2. Występują też znaczące różnice w tłumaczeniu, miejscami wręcz aż do poziomu zmiany sensu lub wydźwięku niektórych scen, wątków, czy wypowiedzi. Weźmy na przykład takie zdanie: „(…) Jak na człowieka, który urodził się, dorastał i pracował w Utrechcie, Vasco wykonywał polecenia Romero Agnielli wyjątkowo gładko (…)”. W takim brzmieniu jest ono pozbawione sensu, bo co ma urodzenie do posłuszeństwa? Okazuje się, że w innym polskim tłumaczeniu zdanie to brzmi zupełnie inaczej: „(…) Jak na człowieka, który urodził się, dorastał i pracował w Utrechcie jako policjant, Vasco był wzorem opanowania (…)”. To zdanie jest już prawie sensowne i pozwala wnioskować, że Utrecht zamieszkują z reguły wyjątkowo nerwowi mieszkańcy, wśród których wysoki stopień opanowania jest dość zaskakującą cechą (prawie — bo wzorem opanowania powinien być każdy policjant, niezależnie od tego, gdzie się urodził i wychowywał).

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Ta strona jest obecnie w trakcie importu. Przenoszę posty z innych źródeł. Różne dziwne rzeczy mogą się tu dziać, dopóki ten proces się nie zakończy (a ta informacja nie zostanie usunięta).

Trwa import wpisów...