Dariusz Rekosz – Czarny Maciek i wenecki starodruk

Pisarze w Polsce i na świecie dzielą się na liczne kategorie. Wybitnych, całkiem dobrych, przeciętnych, po zupełne miernoty ocierające się o granicę bezczelności i ignorancji oraz skrajne beztalencia. Dariusz Rekosz, na podstawie powieści „Czarny Maciek i wenecki starodruk” zdecydowanie i bez najmniejszych wątpliwości może zostać zaklasyfikowany do tej ostatniej grupy.

Każda powieść powinna mieć jakiś morał. Przesłanie powieści „Czarny Maciek i wenecki starodruk” jest oczywiste. Jej autor uważa wszystkie polskie dzieciaki i wszystkich nastolatków za kompletne głąby, skretyniałych durniów, gotowych łyknąć każdą nawet najbardziej absurdalną głupotę. Zaś o ich rodzicach sądzi, że te naiwne barany wdzięcznie dają się doić kupując swoich pociechom kolejne tomy tych astronomicznych bredni, które ktoś śmiał nazwać „powieściami dla młodzieży”.

Zdaję sobie sprawę, że to ostre słowa, ale i sprawa jest poważna. Nigdy nie podejrzewałem, że powiem coś takiego o jakiejkolwiek książce: To jest zła powieść. Jej wydanie było poważnym błędem. Jej autor powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Za:

  • krzewienie wśród odbiorców wypaczonych wzorców zachowywania się,
  • promowanie notorycznego oszukiwania jako właściwej drogi życiowej,
  • ukazywanie głupoty i nieodpowiedzialności bohaterów bez najmniejszego zająknięcia się.

Ten blog nie recenzuje książek (z nielicznymi wyjątkami) tylko wskazuje konkretne błędy w nich. Taką też formułę przyjąłem przy powieści „Czarny Maciek i wenecki starodruk” — niniejszy artykuł zawiera wyłącznie listę zauważonych przeze mnie błędów, niespójności, przejawów ignorowania oczywistych faktów, czy po prostu pospolitych bzdur.

Bliźniaczki

1. Dwie bliźniaczki chodzą do dwóch różnych szkół. Jedna jest dobra z przedmiotów humanistycznych, druga — ze ścisłych. Jeśli jedna sobie z czymś nie radzi, to druga na jakiś czas ją zamienia i „podciąga”. Rodzice bliźniaczek nie tylko nie widzą w tym niczego złego, ale wręcz zachęcają je do takiego podejścia do życia.

Jest to jedna z wielu moralnie pokrzywionych postaw ludzkich, którą autor w swojej powieści promuje jako świetny sposób na życie. Nie zająknie się nigdzie, że jest to ewidentne oszustwo (i psucie młodzieży, przez zachęcanie ich do tego). Zaś w takie formie — proceder trwający od lat — przestępstwo nadające się na więzienie.

2. Jest to też błąd logiczny. Bo skoro „dobra” zastępuje „złą” w jej szkole, to „zła” musi podmienić „dobrą” w drugiej szkole. W efekcie, kiepska z matmy popsuła sobie oceny do tego stopnia, że grozi jej jedynka, więc zostaje zastąpiona przez siostrę, która ma ją „wyciągnąć”. W tym czasie chodzi do szkoły siostry, gdzie… psuje jej oceny z matematyki. Bo przecież jej nie umie.

3. Siostry pokazywane wcześniej przez autora, jaki inteligentne i oczytane (biegła znajomość kilku języków) oraz sprytne (powyższy numer z podmianą osób, umiejętność tworzenia naprawdę skomplikowanych zagadek) nagle okazują się kompletnymi kretynkami. Bez najmniejszego zająknięcia proponują swoim kolegom, by — bez jedzenia, ubrania i pieniędzy — udać się autostopem w wielodniową wycieczkę do Wenecji.

4. Nawet najbardziej idiotyczna decyzja musi mieć jakieś uzasadnienie. Zdaniem blondynek (i autora), jeśli oddadzą starodruk właścicielom, a nie policji, to niby unikną oskarżenia o kradzież.

To jest najbardziej pokrętna logika, jaką słyszałem w ostatnim czasie. Chyba dla każdego inteligentnego człowieka (a takie podobno są owe bohaterki) jest oczywiste, że nie ma znaczenia — czy się przyznasz policji do przestępstwa, czy osobom, dla których jesteś winowajcą, czy złapią cię na gorącym uczynku — to oskarżenie i kara będą identyczne.

5. Wyprawa do Wenecji, niepełnoletniej czwórki dzieci, autostopem, bez jedzenia, picia i pieniędzy, jest (zdaniem autora i kreowanych przez niego bohaterek) rzeczą całkowicie normalną i bezdyskusyjną. Natomiast włamanie się do firmy urasta do rangi niewyobrażalnego wydarzenia i budzi poważne opory u jednej z blondynek. Ktoś chce pogadać o spójności bohaterów?

Wyprawa do Wenecji

1. Wszelkie, nawet najbardziej podstawowe problemy, typu: gdzie będziemy robić siku albo spać, co będziemy jeść, są zbywane przez owe rzekomo inteligentne blondynki oraz autora na zasadzie „jakoś to będzie” lub „coś wykombinujemy”.

Z jednej strony robi się to nudne, jak flaki w oleju. Z drugiej strony — skrajnie irytuje, bo to kolejny przykład pogiętej psychiki i skrajnej nieodpowiedzialności, którą autor powieści promuje, jako rzecz całkowicie normalną i społecznie w porządku.

2. Nie stanowi dla nich żadnego problemu kwestia wyłączenia telefonów komórkowych tak, by nikt ich nie namierzył. Jest to zarówno niemoralne (rodzice prawdopodobnie odchodzą od zmysłów) i jest to przestępstwo (bohaterowie wiedzą, że szuka ich policja).

Autor puszcza to jak rzecz najzupełniej oczywistą. To jest przecież całkowicie normalne i moralnie poprawne, że nastolatek podejrzany o kradzież starodruku oraz o wdepnięcie w świat przestępczy wyłącza komórkę i bez pieniędzy, ubrania i jedzenia jedzie na własną rękę odwieźć książkę w podróż mającą 1000 km. To przecież całkowicie normalne, że czwórka dzieci wyszła rano do szkoły, a po południu — zamiast wracać do domu — wybrała się autostopem w 2-3 dniową drogę.

3. Dla wyżej wymienionych nie stanowi najmniejszego problemu cały długi szereg niebezpieczeństw związanych z podróżą autostopem w dzisiejszych czasach. Mało tego, nie przejmują się nawet tym, że znalezienie „stopa” dla czterech osób jednocześnie jest praktycznie nie możliwe. Lub tym, jak się ze sobą skomunikują (wyłączone komórki), jeśli przyjdzie im się rozdzielić. Choćby z tego powodu, że znajdą „dwa stopy po dwie osoby”.

4. O ile się nie mylę, to każdy TIR ma w kabinie miejsce na jednego jeszcze pasażera siedzącego oraz dwa łóżka z tyłu — dla kierowcy i dla owego pasażera. Trudno więc uwierzyć w to, że dało się do TIRa zapakować kierowcę i czterech nastolatków.

5. Kierowca TIRa podwozi czwórkę dzieci w nieznane (nie wyjawiają mu celu ani powodu podróży). W ogóle nie rusza go, co przeżywają rodzice ani fakt, że może zostać oskarżony o porwanie. Całą moralną otoczkę sprawy kwituje jedynie: „Hehe, ucieczka z domu, co?”.

I taką mniej więcej postawę reprezentuje autor powieści przez całą książkę.

Naprawdę uważam, że powieści Dariusza Rekosza powinny być zakazane w Polsce. Wyrządzają czytającym je dzieciom krzywdę!

Intryga bandziorów

1. Po co sprzedawać ludziom kopie starodruku i narażać się jedynie na zarzut oszustwa? Dużo lepiej jest umieścić w środku bombę i ryzykować tym samym oskarżenie o terroryzm, zabójstwo lub ciężkie zranienie.

Cel jest taki sam. Sprzedać naiwniakowi falsyfikat jako oryginał, zgarnąć kasę i zniknąć. Autor nie wyjaśnia, po co przy okazji wysadzać naiwniaka w powietrze, skoro kasa jest już w ręku.

2. Do wyprodukowania falsyfikatu osiemnastowiecznego falsyfikatu nie potrzeba świetnej jakości specjalisty, ręcznej i żmudnej pracy, drogich materiałów. Wystarczy do tego… fabryka zabawek.

Nie znające się na tym bandziory są w stanie w kilka dni uruchomić… taśmową produkcję falsyfikatów. I żeby było jeszcze zabawniej, to nie w jakiejś drukarni, tylko w fabryce zabawek!

3. Na świecie nie istnieją również specjaliści-historycy. Kosztujący kilkadziesiąt tysięcy euro falsyfikat starodruku kupują naiwni kretyni, tak skrajnie głupi, że wykładają kasę nawet nie otwierając okładki książki. No, bo przecież gdyby ją otwarli, to natychmiast zauważyliby, że w środku są fiolki z chemikaliami zamiast kartek.

Jakby tego było mało, to takich naiwnych kretynów nasze przebiegłe bandziory przewidują spotkać… pięćdziesięciu lub stu. Bo taki wolumen produkcji zakładają. Sto osób na świecie:

  • chce kupić starodruk, o którego kradzieży trąbią w mediach,
  • ma na ten cel kilkadziesiąt tysięcy euro
  • i jest gotowe wydać te pieniądze bez otwierania książki.

Zaś nasze kochane bandziory mają wystarczające koneksje i kontakty, by dotrzeć do pięćdziesięciu lub stu takich naiwniaków rozsianych po Europie.

Powrót z Waldkiem

1. Jak głośno kierowca musi słuchać muzykę w samochodzie, żeby przez pół godziny drogi ani razu nie usłyszeć odgłosu nastolatka szamoczącego się pod kocem na tylnym siedzieniu?

2. Maciek zakłada, że kierowca jechał ze średnią prędkością 100 km/h. I na tym opiera wszystkie swoje wyliczenia. Pół godziny wcześniej jechał tą samą trasą w drugą stronę, widział ustawione co pół kilometra ograniczenia prędkości do 70 km/h, ale… zapomniał o tym.

3. Nie mogąc połączyć się z jedną z blondynek, Maciek postanawia wyłączyć telefon. Boi się, że został by nakryty, gdyby ktoś do niego zadzwonił. Opcja pod tytułem: zupełnie ściszenie telefonu wymyka się jego wyobraźni.

4. Maciek rozważa, czy nie zadzwonić (z wyłączonego telefonu!) na policję. Po chwili odrzuca ten pomysł, argumentując to w ten sposób, że sam został by oskarżony przez Waldka o włamanie do samochodu i kradzież. I to jest jego największy problem.

Zupełnie umyka jego wyobraźni (ponownie!) dość oczywisty fakt, że ma do czynienia z bandziorem bardzo wysokiego kalibru (kradzież eksponatów wartych setki tysięcy euro, produkcja materiałów wybuchowych). Zaś taki, usłyszawszy gówniarza dzwoniącego na policję, nie czekałby na jej przyjazd, tylko najzwyczajniej w świecie zatłukł by go na miejscu.

Dla przeciętnie człowieka oczywiste jest to, że jeśli ktoś planuje wyprodukować pięćdziesiąt bomb — z których pewnie większość doprowadzi do licznych okaleczeń, a pewnie i śmierci — to taka osoba ma tak pokrzywiony kręgosłup moralny, że nie będzie się cyrtoliła i bez mrugnięcia okiem skręci kark nastolatkowi. Ma za dużo do stracenia, by bawić się w policję i dyplomację. Jest to oczywiste dla przeciętnego człowieka, ale dla autora powieści najwyraźniej nie.

5. Waldek, z Maćkiem na tylnym siedzeniu, zatrzymują się na osiedlu domków jednorodzinny, w późny kwietniowy wieczór. Mimo, że okolica jest słabo doświetlona, panuje mrok, a domy są ustawione wzdłuż, tylko po jednej stronie ulicy, Maciek bez problemów ocenia, że jest ich „około dwudziestu”.

Brawo, Sokole Oko. Niestety, bzdura. W takich warunkach można dostrzec co najwyżej trzy, no maksymalnie pięć kolejnych domów (dziesięć w sumie). I poza tym nie ma się bladego pojęcia, co jest dalej? Czy tam już dzielnica willowa się kończy, czy może wylądowało się na gigantycznym osiedlu podmiejskim, gdzie domów są setki.

6. Uciekający z samochodu Maciek aktywuje alarm. Waldek kwituje to stwierdzeniem: „Musiałem zapomnieć o centralnym”. No, jeżeli zapomniałby o zamku centralnym, to znaczy, że zostawiłby samochód otwarty, a taki nie uaktywniłby alarmu.

Braki spójności i logiki

1. Markowscy w garażu swojego dziadka poskładali… „czterokołowce z boczną przyczepką”. Jezu! Widziałem motory dwukołowe i trójkołowe. Widziałem motory z boczną przyczepką, ale też miały tylko trzy koła. Widziałem wreszcie quady. Ale nigdy w życiu nie widziałem „czterokołowca z boczną przyczepką”.

Autor pewnie też ich nie widział. Wymyślił je, żeby mieć sztuczne i idiotyczne wyjaśnienie na przyszłość, jak szóstka osób może podróżować dwoma motorami. Bo przecież trzech motorów, trzech braci, kuzynów, lokalnego klubu motocyklowego itd. nie dało się wymyślić.

2. Owi — wygrywający konkursy techniczne na poziomie krajowym i pokazywani w mediach geniusze motoryzacji — dokonali czegoś niebywałego. Zbudowali dwa motory, których stacyjki uruchamia jeden, ten sam kluczyk. Musieli się przy tym nieźle natrudzić (dwa i więcej zamków na jeden kluczyk to mimo wszystko dość rzadko spotykana kombinacja). I tak ich to zmęczyło umysłowo, że nie wpadli na pomysł, by zrobić… kopię owego kluczyka.

Ta piramidalna i całkowicie sztuczna głupota pozwoliła autorowi wymyślić wątek, w którym dwie sieroty szukają po ciemku zgubionego w trawie kluczyka odpalającego dwa motory. I nie mogą — jak zrobiłby chyba każdy kierowca na świecie — uruchomić drugiego motoru, by pojechać do domu po zapasowy kluczyk do pierwszej maszyny. Bo zamiast użyć dwóch standardowych stacyjek, dostępnych w sklepie, z których każda ma osobną parę kluczy, w pocie czoła opracowali rozwiązanie pod tytułem: dwa motory, jeden kluczyk, żadnej kopii zapasowej.

To oczywiście kolejny przykład budowania idiotycznych wątków, mających uzasadnić jakiś przyszły wątek. W tym przypadku — dług wdzięczności wobec Czarnego.

3. Książka wydana w 2010 roku, autor w żaden sposób nie sugeruje, że akcja powieści dzieje się jakoś dużo wcześniej. Wszyscy, wszędzie używają komórek, telefony są przedłużeniem dłoni nastolatków i ich rodziców, a Markowski daje Czarnemu swój numer telefonu… na kartce papieru.

W swej naiwności autor sugeruje, że w 2010 roku każdy nastolatek miał przy sobie długopis i notes.

Kolejny przykład uprzedzania faktów. Na tym etapie Markowscy nie wiedzieli jeszcze, w co wdepnął Maciek, z powodu czego musi trzymać telefon wyłączony. Narrator słowem o tym nie wspomniał.

4. No, właśnie. A propos braku spójności. Cała trójka przez cała akcję z bandziorami ma wyłączone komórki. Żeby ich nie namierzyła policja ani nie „nękali” telefonami rodzice. Cała trójka… z wyjątkiem Basi. Ta. bez żadnego wyjaśnienia z czyjejkolwiek strony, ma telefon cały czas włączony i rankiem następnego dnia rezolutnie sprawdza godzinę.

Nikt nie ma bladego pojęcia, czemu do niej akurat rodzice nie dzwonią i czemu sygnału jej telefon policja nie namierzyła. Ani ona ani pozostali bohaterowie, ani czytelnicy, ani nawet sam autor.

5. Pamiętajcie, że każdy szanujący się motocyklista w tym kraju ma co najmniej trzy kaski! Co najmniej! Jeśli szaleństwo motorowe udzieliło się dwóm braciom, to mają ich w mieszkaniu minimum sześć. To dzięki temu mogą bez najmniejszego zająknięcia, czy wyjaśnienia ze strony autora, bez jakiegokolwiek opóźnienia, czy przygotowania, niemalże z mety wyruszyć w sześcioosobową wycieczkę motocyklową. Na dwóch motorach.

6. No, i nie pojechali na ów przegląd motocykli, o którym wspominali dzień wcześniej wieczorem. Zapomnieli o nim. Autor też.

7. Czarny dostaje w pewnym momencie objawienia połączonego z olśnieniem i stwierdza, że Waldemar wybrał akurat fabrykę zabawek elektronicznych, by pod jej przykrywką mógł spokojnie produkować… zapalnik elektroniczne do swoich bomb. Niestety, i nastolatek i autor zapomnieli najwyraźniej, że pół powieści wcześniej sprzedali motyw, w którym bomby w książkach nie mają w ogóle żadnego zapalnika. Wybuch zaś miał następować poprzez pęknięcie szklanej fiolki i zmieszanie się bakryl z karniksem.

8. Ojciec Kisiela jest tajniakiem. Autor nie czuje potrzeby poruszenia tematu w żaden sposób. Nie ma dla swoich czytelników najmniejszego wyjaśnienia, które tłumaczyłoby, czemu nastolatkowie nie skorzystali z najbardziej oczywistego scenariusza w takiej sytuacji, czyli… rozmowy z ojcem-policjantem.

Po co? Lepiej jest wyłączyć komórki, stopem jechać do Wenecji, przyprawić trzy rodziny o stan przedzawałowy oraz postawić na nogi całą okoliczną policję, sugerując porwanie grupki dzieci.

Wyprawa do Szczyrku

1. Czarny wyjaśnił przez telefon braciom-motocyklistom, że:

  • wybierają się na wycieczkę, więc mogli zabrać ze sobą te nieszczęsne sześć kasków,
  • wdepnęli w niezły kanał, więc będą musieli jechać bocznymi drogami i unikać policji.

O tym dowiedzieli się przez telefon, bo przyjechali na spotkanie znając już te fakty. Jednak o tym, gdzie jadą (do Szczyrku) dowiedzieli się dopiero na miejscu, od jednej z blondynek.

Dlatego pamiętajcie, każdy szanujący się motocyklista, gdy wyjeżdża na spotkanie ze swoim kolegą, koniecznie zabiera ze sobą mapę swojej części świata. Bo nigdy nie wiadomo, czy piętnastominutowy wypad na kawę nie zmieni się w półdniową wyprawę w góry.

2. Markowski dowiaduje się, że będą jechali do Szczyrku. Decyduje się, że pojadą bocznymi drogami, by uniknąć ew. patroli policji. Następnie wyciąga mapę, zerka na nią przez parę sekund, chowa ją do kieszeni, każde bratu jechać za nim, tak żeby się nie zgubić, bo on znam trasę. Potem ruszają i… dwie godziny później docierają do Szczyrku. W tym czasie ani razu nie spogląda na mapę. Gratuluję znajomości okolicy.

3. W mającym nieco ponad pięć tysięcy mieszkańców Szczyrku, zdaniem autora, funkcjonują aż trzy fabryki zabawek. Jasne! A w każdym stutysięcznym mieście jest po piętnaście aquaparków!

4. Nie tylko ilość jest tu problemem, ale samo miasto (w zasadzie: większa wiocha). Wybór Szczyrku jest głupi jak but. Żaden przedsiębiorca przy zdrowych zmysłach nie budowałby fabryki czegokolwiek na kompletnym górskim zadupiu.

Każąc przez to dostawcom materiałów i półfabrykatów oraz odbiorcom produktów kluczyć między wąskimi górskimi uliczkami, a wiejskimi chatami. Skazując się na dodatkowe koszty związane z dojazdem wymaganych specjalistów z miast na zadupie. Nie wspominając już o zanieczyszczeniu powietrza, środowiska, pozwoleniach, kontrolach (bardzo nie będących na rękę kręcącemu lewe interesy bandziorowi) oraz protestach okolicznych mieszkańców (a rozgłos medialny bandziorom jeszcze bardziej nie jest na rękę).

Krótko mówiąc, jedynie Dariusz Rekosz, najprawdopodobniej nie mający bladego pojęcia o przedsiębiorczości i przestępczości, mógł umieścić fabrykę zabawek w górskim kurorcie. I to fabrykę, która jest tylko przykrywką do przestępczej działalności.

5. Pomijając powyższy zarzut, autor bardzo precyzyjnie określił lokalizację fabryki zabawek Waldemara. A, więc. Szczyrk-Zawodzie? Zgadza się! Szczyrk, ulica Grabowa? Oczywiście. Na końcu Szczyrku? Jak najbardziej. Serpentyny są? Są, są! Oczywiście, że są…

I problem tylko w tym, że autor odtwarzał wszystko z wyobraźni (z dzieciństwa?), palcem mapy nie skalał. I dlatego nazwa ulicy się mu porypała zupełnie. A przez to i jego bohaterom. Zarówno pisarz, góral w sklepie, jak i Czarny myśleli na pewno o ulicy Wiślańskiej. Bo tylko taka krzyżuje się z Grabową. Mówią zaś o… Wiślance! Znajdującej się po przeciwległej stronie gór, w odległym o czterdzieści pięć kilometrów Skoczowie, drodze krajowej nr 81, popularnie nazywanej Wiślanką.

Jakim ignorantem trzeba być, żeby Wiślańską pomylić z Wiślanką?

6. Na końcu powieści okazuje się mimochodem, że jednak nie jechali do Szczyrku bocznymi drogami całe dwie godziny, bez patrzenia się na mapę lub pytania kogokolwiek o drogę. Wprost przeciwnie, pytali się o nią na prawie każdej stacji benzynowej i w co drugim sklepie. Ale to okazało się na końcu. Wcześniej autor… zapomniał o tym wspomnieć.

Ekskjuzmi, ale o co kaman?

1. Bodajże największy problem z powieścią jest taki, że ani autor, ani jego bohaterowie przez cały czas nie mają bladego pojęcia, o co im chodzi. Jaki jest plan i jaki ruch powinni zrobić następnie?

  • najpierw decydują się (w skarpetkach i bez pieniędzy) pojechać autostopem do Wenecji,
  • po ledwie godzinie podróży spotykają bandziora na stacji benzynowej i Czarny postanawia go śledzić; Wenecja poszła się walić,
  • Czarny trafia razem z nim do swojego rodzinnego Sosnowca; kilka godzin później znajomi do niego dołączają; Wenecja poszła się walić także dla nich,
  • rankiem następnego dnia na pytanie, „co dalej?” zgodnie stwierdzają, że… nadal trzeba jechać stopem i odwieźć książkę; Wenecja wróciła do łask,
  • magicznym trafem jadą jednak do fabryki zabawek w Szczyrku i tam już zostają; Wenecja poszła się walić po raz drugi.

W największym skrócie, grupka poświrowanych i jednocześnie zupełnie odrealnionych nastolatków postanawia chciała jechać stopem do Wenecji. Zamiast tego, w ciągu niecałych dwudziestu czterech godzin trzykrotnie pokonała trasę Sosnowiec-Szczyrk. I będąc w górach drugi raz w ciągu doby, postanowiła już tam zostać. Wenecja poszła się walić ostatecznie.

Niestety, taki chaos decyzyjny i zdarzeniowy nie dotyczy tylko głównego wątku historii. Obejmuje całą powieść, czyniąc ją potwornie nudną i irytującą.

2. Powód dla którego nasi młodzi bohaterowie postanowili jechać jednak do Szczyrku, zamiast do Wenecji, jest taki, że spodziewają się znaleźć tam (być może!) coś, co autor powieści określa ich ustami jako… „plan starodruku”. Lub jego fragment.

Niestety, nie mam bladego pojęcia (a autor nie wysila się, by to wytłumaczyć), co to jest. Czemu miałoby to służyć? Ani w jaki sposób miałoby to bandziorom pomóc w wyprodukowaniu fałszywych kopii. Tym bardziej, że — jak ustalono powyżej — owe falsyfikaty miały składać się wyłącznie z okładki i umieszczonej między nimi bomby. Może do tego służy „plan starodruku”?

Atak na fabrykę zabawek

1. Fabryka zabawek elektronicznych? W Polsce? W 2010 roku? Autor przy pisaniu powieści musiał zostać chyba wessany w wir czasowy i cofnąć się o co najmniej piętnaście lat do tyłu. Bo jest rzeczą oczywistą dla każdego, że w XXI wieku elektroniki w Polsce ani w Europie już się nie produkowało. Wszystko przychodził z Chin. Szczególnie zabawki, które musiały być tanie, żeby znaleźć nabywców, a przez polskie fabryki padały w konkurencji z chińską tandetą, jak muchy.

2. Czarny informuje swoich kolegów, że znalezienie bakryl i karniksu w fabryce będzie wystarczającym powodem dla policji, by aresztować zbirów. Zapomniał razem z autorem, że Waldem przez telefon mówił swojemu koledze, iż obie (wymyślone przez autora) substancje chemiczne są całkowicie niegroźne, legalne i dostępne w wolnym obrocie na rynku, a dopiero ich zmieszanie czyni z nich wybuchową substancję.

Teorię tę podtrzymuje Czarny każąc jednemu z braci Markowskich szukać karniksu i bakrylu w podpisanych opakowaniach. Zakładam, że gdyby faktycznie były to groźne i nielegalne substancje, to raczej nie sprzedawano by ich w woreczkach, z etykietami i datą ważności.

3. Co robi bandzior, który pod przykrywką fabryki zabawek planuje produkować bomby, czyli prowadzić bardzo ciężko karalną działalność terrorystyczną? Ano, zdaniem autora powieści — zamyka taką fabrykę na weekend, nie zatrudniając żadnego stróża ani ochroniarza, nie wyposażając ją w żaden alarm, czy kamerę. No, i oczywiście nie mieszka w pobliżu osobiście.

Dzięki temu, szóstce nastolatków udaje się włamać do niej nie budząc niczyich podejrzeń. Złoczyńcy zaś pojawiają się w niej zupełnym przypadkiem… A przynajmniej tak się nam wydaje, bo autor nie wysilił się, by wytłumaczyć, co skłoniło ową trójkę do odwiedzin w Szczyrku, następnego dnia po ich spotkaniu w Sosnowcu. Skoro ich głównym zadaniem było odnalezienie skradzionego im starodruku, to skąd niby wpadli na to, żeby szukać go akurat tam, we własnej fabryce?

Brednie przetykane bzdurami!

4. Swoją drogą, to świetna ta fabryka w Skoczowie. W jednym budynku, z jednej linii produkcyjnej można produkować: zabawki elektroniczne, wybuchowe środki chemiczne, szklane fiolki to ich przechowywania, elektroniczne zapalniki do bomb i jeszcze przy okazji doskonałe imitacje starodruków. Wszystko zaś bez specjalistów, specjalistycznej aparatury, wiedzy i doświadczenia, uruchomione przez trzech polskich zbirów.

5. Komentarz Czarnego zbił mnie z tropu:

Cały czas mieli nas na muszkach.

Nie wiem, jak to ugryź? Bo po pierwsze, trochę ciężko gada się z rękami uniesionymi w górę i cały czas celującymi w kogoś, a zbiry odstawiły w tym czasie niezłą amerykańską gadkę. Inna sprawa, jakim cudem jeden z nich uderzył nastolatka, a dwa razy zamachnął się potem na niego, skoro cały czas mierzył do niego z pistoletu?

Po drugie zaś, jeśli ktoś mierzy do ciebie z pistoletu, a wcześniej strzelił ci nad głową, dając do zrozumienia, że raczej nie blefuje, to zdecydowanie nie chojrakujesz i nie popisujesz się cwaniactwem, czy elokwencją, jak to zrobiły te dzieciaki w tej scenie.

6. Pan Rekosz miał chyba „trzy z dwoma z chemii”. Jego bohaterowie również. Nie wiedzą bowiem, że nie da się połączyć proszku z żelem bez naprawdę intensywnego mieszania. Frakcje na to nie pozwalają. Nie wystarczy — tak, jak nam to przedstawił w ten scenie autor — wsypać proszku na żel i uznać sprawę za załatwioną.

7. Pan Rekosz nie ma również bladego pojęcia o elektronice. Nie wie, że absolutnie każda zabawka elektroniczna, czy w ogóle urządzenie elektroniczne, produkowane w XXI wieku:

  • jest lutowane metodą powierzchniową i wymaga super precyzyjnego sprzętu,
  • lutowanie odbywa się w fabrykach o poziomie czystości większej niż sala operacyjna,
  • całością steruje jeden mikroprocesor o bardzo skomplikowanym programie.

Nie da się więc, w pięć minut, w hali starej fabryki przylutować do elektronicznego sudoku kilku kabelków, a następnie na kolanie przeprogramować mikroprocesor sterujący zabawką, tak by zmienić ją w elektroniczny zapalnik czasowy. Po prostu się nie da. W jakim więc celu autor wciska ten bełkotliwy bzdurobefsztyk swoim czytelnikom, wie tylko on sam.

8. Elektronika to mimo wszystko prąd. Powinien to rozumieć chyba nawet człowiek o poziomie inteligencji autora tejże powieści. Jak przerwiesz kable, to prąd zanika, obwód zostaje przerwany, a urządzenie przestaje działać. Amen.

Skonstruowanie zapalnika bomby, który w takim momencie powoduje wybuch (tzw. circuit breaker) wymaga doskonałych umiejętności oraz wielu, wielu lat doświadczenia w fachu. Z pewnością nie jest w stanie zrobić tego były producent zabawek, a od niedawna terrorysta stawiający pierwsze kroki w dziedzinie budowy bomb. I z pewnością nie jest w stanie zrobić tego na kolanie, w starej fabryce, jedną nogą już uciekając.

Tak zwani terroryści

1. Rzeczą uwłaczającą fundamentalnej inteligencji jest stworzenie postaci przestępców tak bezdennie i piramidalnie głupich, jak Waldek, Bogdan i trzeci do kupy. Ludzi, którzy naprawdę wierzą w to, że mogą zabić szóstkę nastolatków, a potem spokojnie prowadzić dalej swój przestępczy interes, jedynie w innym mieście.

Policja, znalazłszy sześć trupów bestialsko zamordowanych nastolatków wcale nie podejmie akcji zakrojonej na najszerszą w historii skalę i nie poruszy nieba i ziemi, aby znaleźć sprawców. Mało tego, wszyscy policjanci w Polsce są kretynami takiego pokroju, jak Dariusz Rekosz. Toteż wybuch i sześć ofiar w jednej fabryce pewnego biznesmena, wcale nie naprowadzi nikogo na jego drugą fabrykę w Kaliszu. Nasi tyleż wspaniali, co zupełnie oderwani od rzeczywistości mordercy będą mogli tam spokojnie prowadzić swoją działalność.

Powiedzcie mi, proszę… Jak to jest możliwe, że polski rynek wydawniczy w ogóle znosi kretyna wydającego takie brednie? Oraz dlaczego nikt w tym kraju nie weryfikuje literatury adresowanej do młodzieży, czy przypadkiem nie robi ona owej młodzieży budyniu z mózgu?

2. Wisienką na torcie kretynizmu pana Rekosza jest stwierdzenie Waldka: „Nikt nie będzie was szukał”. Nie, no, przecież to oczywiste. W jednym mieście, w jednym czasie zaginęła szóstka nastolatków, z których trójka (jak doniósł ich wychowawca) wplątała się w aferę przestępczą. Nikt jednak niczego nie będzie z tym robił, nikt nie będzie nikogo szukał… Boże…

3. Programując sudoku (sic!), Waldek rzekomo „wybrał dość trudną kombinację”. Nie gram w sudoku, więc nie wiem, czy w ogóle można wybrać tam poziom trudności, układając układankę do postaci startowej. Ale na pewno nie można ocenić trudności zadania po pół sekundzie patrzenia na planszę. A tego zdaniem autora dokonał Czarny.

4. Gdy Maciek próbuje zdjąć buta, mając związane ręce, jedna z blondynek proponuje mu, że przytrzyma… stopą rzepy. Nikt poza autorem nie ma chyba pojęcia, czemu miałoby to służyć.

Aby rozpiąć buty na rzepy, gdy rzep jest przygwożdżony czyjąś stopą do podłogi, Czarny musiałby obrócić stopę lub całą nogę o co najmniej 180 stopni, co jest oczywiście anatomicznie niemożliwe.

Jeśli chcesz zdjąć komuś buty samymi stopami (bo ręce masz związane) to używasz nie pięt, tylko czubków swoich stóp, a konkretnie największych palców, jako swoistych szczypczyków. Chwytasz między dwa paluchy sznurówkę albo rzepa i próbujesz nimi ją rozwiązać albo go oderwać. Proste i oczywiste. Ale trzeba by pomyśleć. Autor woli zamiast tego lać bezmyślny bełkot na karty swojej kolejnej (niestety!) powieści.

Policyjna odsiecz

1. Do Szczyrku wyjechali około ósmej rano. Jadąc pipidówami mieli jechać dwie godziny. Gut, dziesiąta. Maksymalnie godzinę na włam do fabryki, godzinę na myszkowanie i rozmowę z terrorystami. Południe. Godzina do wybuchu bomby, objawia się nauczyciel, wielkie „buuum”, wyjście na zewnątrz, pojawiają się kowboje z napisem „Police” na plecach i… wychowawca potwornej szóstki wita ich słowami „Dobry wieczór”.

Przecież była maksymalnie czternasta! Kwiecień! Dariusz Rekosz to kolejny pawian, który pisząc swoje wypociny ignoruje funkcję czasu i funkcjonalność zegarka oraz kalkulatora, ech…

2. Przybyli policjanci najpierw wyciągają kajdanki, a dopiero sporo potem broń. Zaiste, genialne!

3. Ponieważ autor powieści jest skrajnym ignorantem, nie podejrzewam go o znajomość oraz rozumienie różnicy między wyrazami „helikopter” oraz „śmigłowiec”. Dla dobra sprawy przyjmijmy, że policja polska mimo wszystko korzysta ze „śmigłowców” (bo tak jest w rzeczywistości) mimo, że autor powieści z uporem maniaka nazywa je „helikopterami” (nie, misiu, to nie jest synonim!).

4. A więc… policyjny helikopter ląduje:

  • w rzekomo ciemnej jak czarna dupa nocy (patrz wyżej),
  • na górskim terenie (Szczyrk),
  • w wiejskim terenie (brak okolicznych świateł)

bez jakiegokolwiek zabezpieczenia gruntu, terenu, czy oświetlenia miejsca lądowania. Policjanci na miejscu ograniczają się do… pomachania do pilotów (widzieli to, skoro była noc?). Nie wpadli na pomysł, by latarkami wskazać lokalizację (zabrali latarki na rzekomo nocny patrol, prawda?).

5. Pamiętajcie, że każdy szanujący się policjant, wyruszając na akcję śmigłowcem, zabiera ze sobą dodatkowe sześć hełmofonów. Bo… gdyby na ten przykład zdarzyło mu się spotkać po drodze szóstkę nastolatków, to dzięki temu będzie mógł zaproponować im wszystkim, że ich zabierze.

Nie jest więc rzeczą absolutnie dziwną, że wyruszając w trójkę zabiera się… dziewięć hełmów.

6. Dwójka nastolatków, Markowscy, postanowili wrócić na własnych motorach (tych słynnych nieistniejących „czterokołowcach z przyczepką”), ale… zabrakło im paliwa (brawo, wy!). Problem rozwiązał ojciec Kisiela, każąc… policjantom dać trochę własnego paliwa z baków radiowozów..

Po pierwsze, to jest piramidalna bzdura sama w sobie i tylko autor oraz jego wydawca wiedzą, jaki jest sens wciskać nastoletnim czytelnikom taki bełkot. Po drugiej zaś… tego… wiejskie zadupie „na końcu” Szczyrku… jak mieli im użyczyć tej benzyny? Na rurkę i ssanie?

Pościg za terrorystami

Jeżeli cała powieść, jaką stworzyłeś, to totalne dno, to przecież nie byłbyś sobą, mierny pisarzyno, gdybyś na koniec nie zaserwował czytelnikowi tzw. „arcygówna”. Tym właśnie jest ostatni wątek.

1. Pilot śmigłowca, który wystartował ze Szczyrku, doskonale zna rozmieszczenie patroli policyjnych w… Tychach? Skąd, nie wiadomo, ale na pewno nie z centrali, bo się z nią nie kontaktuje. W ogóle centrala nie istnieje, gdyż ten sam pilot śmigłowca komunikuje się bezpośrednio z patrolami drogowymi i… wydaje im polecenia.

Pojęcia takie jak „dowodzący akcją” i „koordynacja działań” to dla autora powieści określenia chorób tropikalnych. W swojej ignorancji doszedł do poziomu nastolatka: Jeśli nie wiem, jak coś działa, to sobie to wymyślę lub dopowiem…

2. Patrol drogowy znał szczegóły akcji, wiedział, że został skierowany do zatrzymania bardzo groźnych przestępców. Mimo to, do ich zatrzymania wysłano… jeden patrol (bo i po co blokada drogowa). Mało tego. Jeden z policjantów… wysiadł z samochodu i ruszył na przeciwko pędzącego pojazdu, usiłując zatrzymać go lizakiem.

3. Człowiek jakąś godzinę wcześniej zamordował (przynajmniej w jego opinii) szóstkę nastolatków. W tej chwili ucieka na złamanie karku. Nagle na swojej drodze widzi policjanta próbującego go zatrzymać. Co robi taka osoba, która bez mrugnięcia okiem zdolna była zabić kilkoro dzieciaków?

Ano… zdaniem autora taka osoba zatrzymuje samochód w pewnej odległości, chwilę się zastanawia, a potem rusza z kopyta, ale nie wprost na policjanta, tylko grzecznie omijając go bokiem. Dzieciaki wysadzać w powietrze można, ale z policjantami to pełna kurtuazja, co nie?

4. „Głos policjanta drżał” — błagam… Człowieku, obrażasz wszystkich policjantów świata, opisując ich jako niedoświadczonych i zdziecinniałych debili.

5. Samochód terrorystów pędził z prędkością „chyba ponad 200 km/h”. Cóż… Co prawda Opla Zafirę produkowano w dwóch wersjach, które teoretycznie umożliwiały osiągnięcie takiej prędkości (konkretnie: benzyniaki z silnikami 2.0 i 2.2, osiągające 200 km/h i 220 km/h).

Ale… patrząc na sylwetkę samochodu oraz uwzględniając nawierzchnię i warunki terenowe „Gierkówki” (DK86 / DK1 — patrz niżej), należy stwierdzić, że bezwzględnie autor znowu popłynął.

6. Przestępców zatrzymano w okolicach… „skrzyżowania S1 i DK44”. Nie ma takiego skrzyżowania!

Trasa S1 kończy się wlotem w DK86 około 1 kilometr przed skrzyżowaniem DK44 z… DK1. Ale od miejsca tego wlotu do owego skrzyżowania jest to już droga DK86 / DK1, a nie trasa S1.

No, ale skoro autor był w stanie pomylić „Wiślankę” z „ulicą Wiślańską”, to nie możne dziwić fakt, że równocześnie pomylił „trasę S1” z „drogą DK1”. Pan Rekosz używa map jako kolorowego papieru do zawijania drugiego śniadania.

7. Wspomniany powyżej wlot, gdy patrzy się na niego „w drugą stronę” (lub z góry) rozdziela się na dwie drogi. Ta w lewo to DK86, która prowadzi na Katowice, ta w prawo to S1 na Mysłowice.

Z przyczyn rozumianych tylko przez autora, śmigłowiec policyjny próbujący zatrzymać samochód, spokojnie poradzi sobie z tym zadaniem, jeśli bandziory pojadą w lewo, na Katowice. Ale policja będzie miała duże problemy, jeśli wybiorą drogę w prawo, na Mysłowice.

Nie mam pojęcia, o co chodzi. Być może pan Rekosz wymyślił lewoskrętny śmigłowiec, który nie potrafi latać lub lądować po skręcie w prawo?

8. DK86, S1, DK44, jak i w ogóle wszystkie drogi krajowe w okolicy i wszędzie indziej, są upstrzone setkami jeśli nie tysiącami lamp, drogowskazów, znaków drogowych, bramek ViaTOLL, kamer rozpoznawania rejestracji itd. No, i najważniejsze — całą masę zjazdów, wjazdów i mostów.

Na potrzeby powieści autor pozwolił sobie zapomnieć o nich zupełnie, abym móc narysować sztuczną, mdłą i odartą zupełnie z realizmu scenę śmigłowca policyjnego szarżującego naprzeciw pędzącego samochodu terrorystów.

9. Samochód jechał bardzo szybko, ponad 150 km/h. Gdy kierowca dojrzał szarżujący naprzeciw śmigłowiec wbił nogę w hamulec. Ku zaskoczeniu wszystkich (z wyjątkiem autora), samochód nie wpadł w poślizg, nie zaczął widowiskowo koziołkować w powietrzu, nie wpadł na barierę energochłonną, nie wystrzelił do rowu… nic z tych rzeczy.

Obrócił się jedynie o 90 stopni i zaczął jechać bokiem.

Hm… Gdy wracałem firmową rakietą z Krakowa, autostradą A4, i rozpędziłem się co prawie 200 km/h, to wówczas usłyszałem komentarz kumpla: „Wiesz, że najmniejszy ruch kierownicy, nawet kichnięcie, przy tej prędkości oznacza, że lądujemy w rowie, a nagłe hamowanie — znaczy grób?”.

Na nieszczęście, autor powieści miał trzy z dwoma z fizyki i nigdy takich rozmówi nie prowadził. Dlatego mógł wyprodukować taką brednię, jaką stworzył.

10. Mimo, że — zdaniem autora — samochód jedynie jechał bokiem, jednak mimo wszystko porządnie się poobijał. Pasażerowie i kierowca oberwali solidnie, wyszli z pojazdu zakrwawieni. Jakimś niewyobrażalnym sposobem starodruk wenecki wyleciał z samochodu i szorował kilkadziesiąt metrów po gorącym asfalcie. Ale… absolutnie nic mu się nie stało. Nauczyciel podniósł go, otrzepał kurz i… powieść nareszcie się skończyła.

Podsumowanie

Jak już zasugerowałem wielokrotnie, autor nie jest pisarzem z prawdziwego zdarzenia, tylko co najwyżej sklecającym spójne zdania pismakiem. Jednocześnie jest ignorantem, który z lenistwa lub dwa wygody ignoruje najbardziej oczywiste fakty oraz pozwala sobie na ordynarnie wyraźnie braki spójności lub logiki w swojej powieści.

Książka jest zła. Promuje oszustwo i kombinowanie oraz łamanie wszelkich zasad, a nawet zdrowego rozsądku, jako właściwą zasadę życiową. Uczy młodych czytelników, że nie muszą myśleć, nie muszą kierować się żadnymi zasadami, wolno im podejmować najbardziej idiotyczne decyzje, bo w końcu i tak wylądują na czterech łapach.

Powieść jest skrajnie nieżyciowa, kompletnie odarta z rzeczywistości i wypełniona po brzegi niespójnymi, nierealnymi lub wręcz w ogóle nie mającymi sensu postaciami lub wydarzeniami.

Czytanie takich powieści przez nastolatka jest krzywdzące dla jego rozwijającej się dopiero psychiki i powoduje budowanie błędnych osądów o najbardziej fundamentalnych zasadach życiowych. Autor za napisanie, a wydawca za wydanie takiej powieści powinni być pociągnięci do odpowiedzialności.

Tu już nie chodzi o to, by zakazać publikowania takich powieści, żeby zaoszczędzić drzew. Tu zdecydowanie biega o to, by zabronić takich publikacji, bo wyrządzają czytelnikom krzywdę.

2 komentarze

Zostaw komentarz